czwartek, 6 października 2011

Twarz na progu.

Nie mogę oswoić się z emocjami, które towarzyszą mi w momencie pożegnania Adasia na progu przedszkolnych drzwi.
Codziennie odprowadzam Pierwszego do przedszkola, idziemy do szatni, potem na drugie piętro do sali, do trzylatków, które wychodzą na spotkanie kiedy zobaczą kolegę, to chyba oznacza, że jest lubiany.
Wchodząc na górę, przeczuwając co się wydarzy, staram się rozśmieszyć synka, jakoś rozluźnić atmosferę, on milczy, a potem, w korytarzu, w sumie to na progu sali zaczyna się nasz codzienny rytuał, przytulanko, buziak, "machanko".
Niby każdy wie jaki będzie ciąg dalszy, Adam wie, że musi być w przedszkolu i nie protestuje, a ja wiem, że to dla niego jest dobre, poza tym idę przecież do pracy.
I kiedy tak stoi i macha swoją rączką, patrzy na mnie, ma ściśnięte usta i oczy, ale nie płacze, nie histeryzuje i nie krzyczy, a ja nie potrafię poradzić sobie z tym jego spojrzeniem.
Nie wiem na pewno co dzieje się wtedy w główce takiego malucha, ale jestem przekonany, że on już chwilę później radzi sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
Mam jego twarz przed oczami, kiedy schodzę na dół, wiem, że Pierwszy jeszcze macha na do widzenia, napina się wtedy między nami taka niewidzialna nić, którą zrywam, zamykając ciężkie przedszkolne wejściowe drzwi. Wracam.

Ja zapominam o twarzy (przynajmniej staram się), a Mark Knopfler wciąż jej szuka w numerze, który towarzyszy mi od lat, czyli od 1991 roku, mój zapis na przedpotopowej kasecie, chyba Basf, albo Raks, nie wiem bo się powycierało, albo TDK, puszczam w mocno sfatygowanej wersji, tylko w samochodzie, rarytas, bo kto dzisiaj słucha muzyki z kaset w aucie ?
Człowiek pierwotny :)