czwartek, 24 lutego 2011

Jak zostać królem.

Z przekory nie oglądam filmów, które reklamowane są jako stuprocentowi kandydaci do Oscara, ale w tym przypadku zapomniałem o moich fundamentalnych postanowieniach i wspólnie z Madzią zanurzyliśmy się w latach 30 XX wieku, w obrazie wymalowanym przez Toma Hoopera, reżysera, który lubi snuć opowieści na bazie autentycznych historii.
Całość toczy się w swoim rytmie, niby wolno, niby w ciszy, a faktycznie nieustanie trwa konflikt.
Podobają mi się te kontrasty, książe, który nie chce być królem i doświadczony logopeda-samouk, który chce być aktorem, ale nie może zdobyć angażu.
Ten pierwszy zostaje nim w koncertowy sposób, ten drugi odgrywa rolę swojego życia w niemniej spektakularnych okolicznościach.
Oboje, jakby przy okazji, dostają przyjaźń, choć ten owoc od początku ma cierpki smak.
Colin Firth, moim zdaniem bardzo naturalnie i przekonująco przechodzi przemianę. Nawet nie chodzi o to, że przestaje się jąkać, dzięki niekonwencjonalnym metodom swojego nauczyciela(Geoffrey Rush), ale wewnętrznie akceptuje swoje powołanie, pomimo obiektywnych przeszkód. To jest chyba najważniejsze, to robi różnicę.
Książę staje się królem wtedy, gdy z pokorą i autentycznym przekonaniem przyjmuje życie takim jakie ono jest. Ale przecież to dotyczy nie tylko monarchów... Zyskuje szacunek osób, które wcześniej traktowały go z przymrużeniem oka, wołając Bertie, od teraz zaczynają mówić Wasza Wysokość.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Adaś mówi.

Adaś coraz więcej mówi.

Rano najczęściej budzi się z okrzykiem "Mam tupe" Co oznacza, że pielucha jest pełna. Czasami zawartością jest tzw. "śmierdziuszka". Prawdę mówiąc nie wiem jak odróżnia tupę od śmierdziuszki, ale skoro widzi( a może czuje)różnicę to pewnie coś w tym musi być. Odrębną kategorią tupy jest tzw. wagonik, ta ekskluzywna postać pojawia się tylko w nocniku i to niezwykle rzadko, bowiem Adaś nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż 30 sek. Tyle akurat starczy, żeby zrobić tylko siusiu. Dlatego tak wyjątkowym zjawiskiem jest "wagonik" - ma wartość rzekłbym, kolekcjonerską...

Chociaż Pierwszy ma 28 miesięcy doskonale wie co "siopaki", powinni mieć, a czego nie. Otóż nie powinni mieć "fyzul", tylko "siente wosy", najczęściej dowiaduję się o tym, kiedy próbuję go uczesać.

Niezłą zabawę mieliśmy kiedy okazało się, że gdzieś zaginął " Panamej", poszukiwania trwałyby zapewne do dobranocki, a może i dłużej bo przecież nie wiedzieliśmy kogo lub czego szukać, gdyby nie Madzia, która oświeciła nas mówiąc - Szukamy SpyderMana :)

Kiedy Adaś mówi o różnych rzeczach najczęściej jest ich właścicielem, moje auto, mój dom, mój "tewelizol".

Dobrze wie, że my jesteśmy dla niego, a on dla nas.

wtorek, 15 lutego 2011

Dłonie

Braterska miłość i związane z tym wyrzeczenie i zaakceptowanie swojej roli w braterskiej relacji owocuje niekiedy w sposób zupełnie nieoczekiwany.
Chwila, w której dwaj utalentowani bracia Albert i Albrecht rzucali monetą, był momentem decydującym o ich dalszym życiu. Pochodzili z biednej osiemnastoosobowej niemieckiej rodziny, w której nie było możliwości finansowania nauki w szkole wyższej praktycznie dla żadnego z dzieci. Jedynym rozwiązaniem była decyzja, że kiedy jeden z braci pójdzie na czteroletnie studia do Akademii Sztuk Pięknych, drugi będzie pracował w kopalni i z zarobionych pieniędzy opłacał naukę brata. Po czterech latach zamienią się rolami. Albrecht wylosował uczelnię, Albert został górnikiem. Czas nauki szybko minął i na rodzinnym spotkaniu, podczas toastu świeżo upieczony dyplomowany artysta zwrócił się do swojego brata - To teraz Twoja kolej, Twój czas!
Mój czas nie nadejdzie - usłyszał w odpowiedzi - Spójrz na moje ręce, jak wyglądają po czterech latach pracy w kopalni, nie ma choćby jednego palca, który nie byłby złamany, a reumatyzm tak mi doskwiera, że trudno nawet utrzymać kieliszek pijąc Twoje zdrowie, nie mówiąc już o precyzyjnym rysowaniu i malowaniu. Nie, to już nie dla mnie.
Albrecht Durer w 1508 roku sportretował te złożone, spracowane dłonie, oddając tym samym hołd poświęceniu swojego brata. Obraz ten stał się znany kilka wieków później, swój renesans przeżywał dopiero w latach 50 -tych XX wieku.

Ile szans ucieka nam codziennie, ile okazji nie wykorzystujemy, a może nasz talent polega na umożliwieniu zrealizowania marzeń najbliższym z radością, bez uwag.

czwartek, 10 lutego 2011

Teraz

Teraz, lubię teraz.
Za to, że po prostu jest.
Może to objaw późnego dojrzewania, żeby nie powiedzieć opóźnionego. Kiedy byłem młodszy chciałem być dorosły, potem kiedy musiałem szybko dorosnąć wcale nie byłem zachwycony. Wspominałem przeszłość z zazdrością i twierdziłem ,że już nigdy nie będzie tak jak było kiedyś.
Jak pamiętam to zawsze byłem rozdarty między przeszłością, a przyszłością. Nawet nie zastanawiałem się nad wartością obecności tu i teraz. Ok. pewnie były takie momenty, w których krzyczałem - chwilo trwaj !!! Tak pamiętam kilka...
Zmieniło się. Akceptuję to z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Z wiarą przyjmuję słowa Jezusa zawarte w Ewangelii św. Mateusza :
- Nie martwcie się zatem o jutro, bo jutro samo zatroszczy się o siebie. Starczy dniowi jego własnej biedy.

Lubię patrzeć jak nasze dzieci śpią.
Natka nie daje mi tej szansy, bo oczywiście ma jeszcze coś bardzo ważnego do zrobienia:)a północ tuż, tuż. Zaśpiewałbym jej kołysankę, ale może niech zrobi to Dżem, chłopaki są w lepszej formie.

środa, 2 lutego 2011

Towary pierwszej potrzeby

Słówko o wytrwałości, czyli o deficytowym towarze.
Przeczytałem kilka dni temu wywiad z psychologiem społecznym, który bardzo trafnie i obrazowo przedstawił proces kształtowania się ludzkich cech charakteru. Przytacza scenę z placu zabaw, na który przychodzą rodzice ze swoimi pociechami, była tam także pewna Amerykanka ze swoim synkiem, który właśnie wdrapał się na jeden z przyrządów i nie mógł zejść, rozpłakał się z tego powodu strasznie. Mama najspokojniej w świecie powiedziała mu, że jeżeli potrafił tam wejść to i będzie umiał stamtąd zejść i na pewno nie jest to powód do płaczu.
Tak sobie myślę co ja zrobiłbym, gdyby Adaś zawędrował zbyt wysoko.
Pierwsza reakcja to postawa ojca-ratownika, niestety...
Jeżeli tak rozpoczynam kształtowanie charakteru Pierwszego, to nie powinienem być zaskoczony, kiedy później będzie miał problemy z pokonywaniem najprostszych przeszkód. To oczywiście duże uproszczenie i gigantyczny przeskok z piaskownicy do codziennych trudności, ale nie ma skutku bez przyczyny.

A jak o samodzielności i wytrwałości mowa, to już całkiem niedaleko do motywacji, całe tomy napisano już na jej temat, a mi właśnie przypomniała się niezła historyjka, która przekonuje, że ograniczenia tworzymy sobie sami.
Doświadczony pracownik fabryki pracował na drugą zmianę. Rozpoczynał pracę o 16.00 a kończył o północy. Zawsze po pracy wracał do domu. Którejś nocy postanowił, że skróci sobie drogę i pójdzie na skróty przez cmentarz. Piękna noc, gwiazdy, rogalik księżyca... Pomimo początkowych obaw, przekonał się do nowej drogi powrotnej, zwłaszcza, że mógł szybciej położyć się spać. Pewnego razu przyzwyczajenie uśpiło jego czujność, nie zauważył, że na alejce pomiędzy pomnikami, ktoś wykopał dół. Nocny wędrowiec niestety wylądował na jego dnie. Trochę się poobijał, chciał wdrapać się po pionowych ścianach wykopu i wyjść, ale po chwili realnie ocenił sytuację i stwierdził, że to niemożliwe, postanowił przeczekać do rana.
Okazało się, że skrót przez cmentarz był uczęszczany nie tylko przez pracownika fabryki, wracał tamtędy również pijany jegomość z pobliskiej knajpy, który z impetem, prawie bezwładnie uderzył o dno wykopu. Otrzepał się jednak i zaczął wściekle piąć się do góry, bardzo chaotycznie, bez efektu. Wtedy ktoś dotknął jego ramienia i powiedział - Przyjacielu nie można się stąd wydostać, już próbowałem. Pijak wytrzeźwiał i w jednej chwili znalazł się na górze. Oto jakie rzeczy może zdziałać prawdziwa motywacja :)