Rekolekcje już minęły, słowa pozostały, treści są aktualne, także dla mnie.
O wszystkim, co w tym momencie jest dla mnie ważne i co chciałbym powiedzieć swoim dzieciom, a czego nie mówię, dlatego że ...
piątek, 27 grudnia 2013
środa, 25 grudnia 2013
Siłacz
Patrzę na te same wydarzenia co roku, jestem ich niemym świadkiem, bo choć wydaje się, że się angażuję, to potem odkrywam, w zasadzie nic nie odkrywam.
Nawet to nie bywa rozczarowujące, kolejne Święta Bożego Narodzenia. Podobne spostrzeżenia. Schematy.
Najpierw praca aż do zwycięstwa, czyli tyle ile fabryka pozwoli plus organizacja domowych obowiązków.
Potem Wigilia i czas refleksji podczas odpoczynku.
Radość z prezentów.
Pierwszy, Drugi Dzień Świąt.
Spostrzeżenie negatywne.
Obserwacje pozytywne.
Do tej pory patrzyłem na historię narodzin Jezusa, w taki sam sposób, tzn. odrzuceni przez ludzi Maryja i Józef odnajdują przez przypadek jakąś szopę, czy stajnię, w której dochodzi do narodzin Zbawiciela, bezbronnego, zmarzniętego dziecięcia. Wkrótce pokłon oddadzą trzej królowie, wcześniej spotkają się z Jezusem pasterze owiec, których poinformował o wszystkim anioł.
Taki standardzik, który na niewielu robi dzisiaj wrażenie.
Pozytyw z jakim spotkałem się w tym roku to taka intuicja, że przecież narodził się Bóg. Skoro tak, to jestem przekonany, że nic nie pozostawił przypadkowi.
Jezus narodził się tam gdzie chciał i jak chciał w konkretnych okolicznościach.
To zmienia postać rzeczy, bo wtedy już nie patrzę na Narodzonego tylko jak na dzidziusia, niemowlaczka, który dopiero odkryje swoje powołanie. Przychodząc do nas w taki a nie inny sposób, Pan stawia sprawy dość jasno.
Piszę o tym, bo ta informacja ciągle brzmi gdzieś w mojej głowie i dociera do mnie, że wcześniej w Dzieciątku nie widziałem Boga, tylko ludzkie dziecko narodzone w fatalnych warunkach. Bardziej skupiałem sie na rodzicach, na otoczce i atmosferze, patrzyłem z pozycji Maryji i Józefa, nie myślałem o Jezusie. który decyduje o wszystkim od początku.
To kolejna mimochodem odkryta prawda, oczywiście nie przeze mnie.
Od lat patrzę i nic nie widzę.
W taki razie o co chodzi, na pewno nie o komfort psychiczny i poszukiwany przez wielu święty spokój.
Zupełnie z innej beczki. Gandalf Szary w "Hobbicie" (skończyłem ogladać jakąś godzinkę temu) powiedział, że o życzliwość w codzienności, pogodę ducha i małe, drobne gesty w stosunku do drugiej osoby. Na początek całkiem nieźle, naprawdę nieźle.
Nawet to nie bywa rozczarowujące, kolejne Święta Bożego Narodzenia. Podobne spostrzeżenia. Schematy.
Najpierw praca aż do zwycięstwa, czyli tyle ile fabryka pozwoli plus organizacja domowych obowiązków.
Potem Wigilia i czas refleksji podczas odpoczynku.
Radość z prezentów.
Pierwszy, Drugi Dzień Świąt.
Spostrzeżenie negatywne.
Obserwacje pozytywne.
Do tej pory patrzyłem na historię narodzin Jezusa, w taki sam sposób, tzn. odrzuceni przez ludzi Maryja i Józef odnajdują przez przypadek jakąś szopę, czy stajnię, w której dochodzi do narodzin Zbawiciela, bezbronnego, zmarzniętego dziecięcia. Wkrótce pokłon oddadzą trzej królowie, wcześniej spotkają się z Jezusem pasterze owiec, których poinformował o wszystkim anioł.
Taki standardzik, który na niewielu robi dzisiaj wrażenie.
Pozytyw z jakim spotkałem się w tym roku to taka intuicja, że przecież narodził się Bóg. Skoro tak, to jestem przekonany, że nic nie pozostawił przypadkowi.
Jezus narodził się tam gdzie chciał i jak chciał w konkretnych okolicznościach.
To zmienia postać rzeczy, bo wtedy już nie patrzę na Narodzonego tylko jak na dzidziusia, niemowlaczka, który dopiero odkryje swoje powołanie. Przychodząc do nas w taki a nie inny sposób, Pan stawia sprawy dość jasno.
Piszę o tym, bo ta informacja ciągle brzmi gdzieś w mojej głowie i dociera do mnie, że wcześniej w Dzieciątku nie widziałem Boga, tylko ludzkie dziecko narodzone w fatalnych warunkach. Bardziej skupiałem sie na rodzicach, na otoczce i atmosferze, patrzyłem z pozycji Maryji i Józefa, nie myślałem o Jezusie. który decyduje o wszystkim od początku.
To kolejna mimochodem odkryta prawda, oczywiście nie przeze mnie.
Od lat patrzę i nic nie widzę.
W taki razie o co chodzi, na pewno nie o komfort psychiczny i poszukiwany przez wielu święty spokój.
Zupełnie z innej beczki. Gandalf Szary w "Hobbicie" (skończyłem ogladać jakąś godzinkę temu) powiedział, że o życzliwość w codzienności, pogodę ducha i małe, drobne gesty w stosunku do drugiej osoby. Na początek całkiem nieźle, naprawdę nieźle.
piątek, 6 grudnia 2013
Nie zapomnij o mnie, Mikołaju!
Energetyczny Mikołajkowy poranek zaczął się od Twojego łał, łał, tzn. znalazłeś coś na parapecie.
Potem wpadłeś do naszego pokoju i prezentacja prezentów.
Numer jeden: załoga Łajbka : Jake, Iza i Fajtek czyli pełny skład "tych dobrych", jest oczywiście jeszcze Czachuś - papuga, ale to ptaszysko już od dawna gości w Twoim pokoju.
Numer dwa : koszulka z żabą Cut the Rope plus słodycze. Oczywiście w koszulce poszedłeś do przedszkola :)
Po pierwszej radości, drobna refleksja, hm... przecież w liście do Mikołaja były zupełnie inne rzeczy...
Porządkujące domysły : pewnie mu się pomyliło, nie rozpoznał rysunków, może nie miał pieniążków, ale to nic, wszystko co dostałem jest super.
Wkrótce się dowiesz, że Mikołaj nie przynosi prezentów, że dostajesz je od najbliższych, od tych, którzy kochają Cię najmocniej jak potrafią i pewnie będziesz przez jakiś czas rozczarowany rzeczywistością, ale mam dobre wiadomości.
Wkrótce to Ty zostaniesz Świętym Mikołajem i będziesz miał szansę poczuć całą masę pozytywnych emocji związanych z dawaniem.
Dzisiaj cieszysz się i przeżywasz kiedy dostajesz.
Jutro odkryjesz, że dawanie jest o wiele bardziej satysfakcjonujące, że kopie taką energią, zwłaszcza, jak widzisz radość drugiej osoby, wtedy kiedy dajesz anonimowo. Mikołaj jest tym dniem, w którym dajesz nie Ty, tylko On.
Dziękuję, za Twoją radość.
Uświadomiłem sobie, że przeżywałem to wiele razy, patrząc na córeczki, rozpakowujące swoje świąteczne prezenty, ale o zgrozo! zapomniałem już o tej spontanicznej reakcji, zapomniałem !!!
Potem wpadłeś do naszego pokoju i prezentacja prezentów.
Numer jeden: załoga Łajbka : Jake, Iza i Fajtek czyli pełny skład "tych dobrych", jest oczywiście jeszcze Czachuś - papuga, ale to ptaszysko już od dawna gości w Twoim pokoju.
Numer dwa : koszulka z żabą Cut the Rope plus słodycze. Oczywiście w koszulce poszedłeś do przedszkola :)
Po pierwszej radości, drobna refleksja, hm... przecież w liście do Mikołaja były zupełnie inne rzeczy...
Porządkujące domysły : pewnie mu się pomyliło, nie rozpoznał rysunków, może nie miał pieniążków, ale to nic, wszystko co dostałem jest super.
Wkrótce się dowiesz, że Mikołaj nie przynosi prezentów, że dostajesz je od najbliższych, od tych, którzy kochają Cię najmocniej jak potrafią i pewnie będziesz przez jakiś czas rozczarowany rzeczywistością, ale mam dobre wiadomości.
Wkrótce to Ty zostaniesz Świętym Mikołajem i będziesz miał szansę poczuć całą masę pozytywnych emocji związanych z dawaniem.
Dzisiaj cieszysz się i przeżywasz kiedy dostajesz.
Jutro odkryjesz, że dawanie jest o wiele bardziej satysfakcjonujące, że kopie taką energią, zwłaszcza, jak widzisz radość drugiej osoby, wtedy kiedy dajesz anonimowo. Mikołaj jest tym dniem, w którym dajesz nie Ty, tylko On.
Dziękuję, za Twoją radość.
Uświadomiłem sobie, że przeżywałem to wiele razy, patrząc na córeczki, rozpakowujące swoje świąteczne prezenty, ale o zgrozo! zapomniałem już o tej spontanicznej reakcji, zapomniałem !!!
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Pustka jest dobra.
Przeglądam się czasem w tym co wcześniej napiszę nieco narcystycznie, przyznaję.
Zdarza się, że chciałbym skomentować własny post, ale nie dlatego, że nikt nie komentuje, ale dlatego, że po kilku dniach jak się "uleży" wygląda jak odarty z emocjonalnej otoczki, kontekstu, stanu w danej chwili.
To zupełnie normalna sprawa, co wybrzmiało wczoraj, dzisiaj może być ledwie odbieranym echem.
Wspominając o fundamentalnych sprawach kilka wpisów temu, napisałem o poszukiwaniu Chrystusa w codzienności, zdaję sobie sprawę, że to jest niesłychanie osobista sprawa i jako taka, wypływając na światło dzienne może budzić Twoje obawy, albo po prostu niezrozumienie.
Uświadamiam sobie jednak, że pisząc o swoich poszukiwaniach, pozostawiam jakieś ślady w przestrzeni, którą niby znam, w której funkcjonuję, ale czuję, że pozostaje w niej drugie dno. Nie mam pewności, ale przekonanie z nią graniczące, że tak właśnie jest.
Spoglądam na oczywistości i czasem uda się uchwycić inną perspektywę, zdarza się, że różaniec uchyla niektóre drzwi...
Muszę napisać o ostatnim odkryciu, o pustce.
Strasznie ciekawy temat, ale bez definicji i teorii tym razem, tylko konkret. Otóż dotarło do mnie, że wewnętrzna pustka, którą odczuwam jest dobra. Do niedawna przyglądając się jej miałem negatywne skojarzenia, do niedawna. Dzisiaj traktuję ją jako zaproszenie do poszukiwania, do wiary. Rozważając pierwszą tajemnicę chwalebną - Zmartwychwstanie, znalazłem się przed pustym grobem Pana Jezusa.
I co teraz?
Uwierzyć, że Zmartwychwstał i żyje? Tak powiem, oczywiście chcę w to wierzyć, powinienem w to uwierzyć. Tyle razy słyszałem tę opowieść w Kościele.
Ale jakie są fakty, ano takie, że czuję pustkę. Pusty grób jest faktem.
Św. Jan, uczeń i ewangelista, kiedy wszedł do pustego grobu, zobaczył, że nie ma tam nikogo i wtedy właśnie uwierzył, że Pan Zmartwychwstał.
Jakże daleko mi do takiej wiary, w obliczu tego zdarzenia, mogę powiedzieć, że jestem po prostu niewierzący.
OK. mógłbym tak powiedzieć, ale jednak nie daje mi spokoju ta pustka, domaga się wypełnienia.
Pewnie, że jutro na dłuższą chwilę o tym zapomnę, bo pochłonie mnie "życie" ze swoją symfonią emocji, smaków i barw i to też będzie dobre, a może właśnie w trakcie jutrzejszego dnia dostanę kolejną wskazówkę i zerknę i będę krok dalej.
Zdarza się, że chciałbym skomentować własny post, ale nie dlatego, że nikt nie komentuje, ale dlatego, że po kilku dniach jak się "uleży" wygląda jak odarty z emocjonalnej otoczki, kontekstu, stanu w danej chwili.
To zupełnie normalna sprawa, co wybrzmiało wczoraj, dzisiaj może być ledwie odbieranym echem.
Wspominając o fundamentalnych sprawach kilka wpisów temu, napisałem o poszukiwaniu Chrystusa w codzienności, zdaję sobie sprawę, że to jest niesłychanie osobista sprawa i jako taka, wypływając na światło dzienne może budzić Twoje obawy, albo po prostu niezrozumienie.
Uświadamiam sobie jednak, że pisząc o swoich poszukiwaniach, pozostawiam jakieś ślady w przestrzeni, którą niby znam, w której funkcjonuję, ale czuję, że pozostaje w niej drugie dno. Nie mam pewności, ale przekonanie z nią graniczące, że tak właśnie jest.
Spoglądam na oczywistości i czasem uda się uchwycić inną perspektywę, zdarza się, że różaniec uchyla niektóre drzwi...
Muszę napisać o ostatnim odkryciu, o pustce.
Strasznie ciekawy temat, ale bez definicji i teorii tym razem, tylko konkret. Otóż dotarło do mnie, że wewnętrzna pustka, którą odczuwam jest dobra. Do niedawna przyglądając się jej miałem negatywne skojarzenia, do niedawna. Dzisiaj traktuję ją jako zaproszenie do poszukiwania, do wiary. Rozważając pierwszą tajemnicę chwalebną - Zmartwychwstanie, znalazłem się przed pustym grobem Pana Jezusa.
I co teraz?
Uwierzyć, że Zmartwychwstał i żyje? Tak powiem, oczywiście chcę w to wierzyć, powinienem w to uwierzyć. Tyle razy słyszałem tę opowieść w Kościele.
Ale jakie są fakty, ano takie, że czuję pustkę. Pusty grób jest faktem.
Św. Jan, uczeń i ewangelista, kiedy wszedł do pustego grobu, zobaczył, że nie ma tam nikogo i wtedy właśnie uwierzył, że Pan Zmartwychwstał.
Jakże daleko mi do takiej wiary, w obliczu tego zdarzenia, mogę powiedzieć, że jestem po prostu niewierzący.
OK. mógłbym tak powiedzieć, ale jednak nie daje mi spokoju ta pustka, domaga się wypełnienia.
Pewnie, że jutro na dłuższą chwilę o tym zapomnę, bo pochłonie mnie "życie" ze swoją symfonią emocji, smaków i barw i to też będzie dobre, a może właśnie w trakcie jutrzejszego dnia dostanę kolejną wskazówkę i zerknę i będę krok dalej.
wtorek, 26 listopada 2013
Pseudo teorie, mgliste historie z życzeniami w tle.
Szesnaście lat temu na świat przyszła Twoja siostra.
Gdyby to był chłopak miałby na imię Mikołaj, tak sobie to uknuliśmy.
Jest jednak najlepiej jak może być, mamy swoje plany i gotowe scenariusze na życie, a Pan Bóg i tak ustawia to po swojemu.
Tak się zastanawiam, po czasie, nad wychowaniem dziecka, co to w ogóle jest?
Zapewnienie mu najlepszych warunków finansowych, tzw. komfortu psychicznego, roztropne sterowanie z tylnego fotela, a może ochrona przed całym złem tego świata?
Chciałoby się powiedzieć - dla dzieci wszystko co najlepsze. Z tym zastrzeżeniem, że to przecież rodzice zawsze wiedzą lepiej co dla ich pociech akurat w danym momencie jest właściwe.
No oczywiście - rodzina jest najlepsza, ale zapytajcie licealistkę, czy rodzina to jest to co może ją najlepszego spotkać.
Na tę chwilę myślę, że niedoceniana jest możliwość obserwacji, po prostu dać możliwość dziecku, żeby obserwowało swoich rodziców.
Ale wymyśliłem, co? Niebezpieczna ścieżka, bardzo ryzykowne posunięcie ze strony opiekunów, łatwo wpakować się w poważne kłopoty.
I ciągle ufać, ale nie, nie dziecku przecież, kto zaufa nastolatce, litości !!!
Zaufać, że najlepsze co rodzice mogą dać dziecku do możliwość oglądania ich miłości, która polega na traceniu siebie, codziennym umieraniu w najdrobniejszych sprawach.
Bez większego ryzyka stwierdzam, że ważniejsze jest powszednie odejmowanie i dzielenie, od okazjonalnego dodawania i mnożenia.
I nie chcę tego rozwijać.
W ostatnich dwóch dniach doświadczyłem trzech historii, w których ludzki pomysł na szczęście spalił na panewce.
Miała być salwa armatnia, a poszedł tylko dym.
Pierwsza to - Into the Wild. Film o chłopaku, który chciał zrealizować swoje marzenie. O bohaterze, który miał w sobie olbrzymią pustkę, którą chciał wypełnić realizacją celu.
Cel zrealizował, pustki nie wypełnił, wydaje się, że zrozumiał jednak, że nie o niego tu chodzi, nie chodzi o jego szczęście, tylko o możliwość podzielenia się tym szczęściem z drugim człowiekiem.
Pozostałe dwie historie, o których wkrótce zapomnę, mogą mieć podobny finał.
Piszę o tym Adamie, bo siedzi to we mnie i zmagam się z tym, że życie bez Jezusa Chrystusa, będzie prędzej czy później porażką.
Wierzę jednak, że my możemy tylko z Nim, jeśli będzie na pierwszym miejscu, wtedy wszystko pozostałe będzie na swoim miejscu.
Takie życzenia powinienem złożyć swojej córce.
Gdyby to był chłopak miałby na imię Mikołaj, tak sobie to uknuliśmy.
Jest jednak najlepiej jak może być, mamy swoje plany i gotowe scenariusze na życie, a Pan Bóg i tak ustawia to po swojemu.
Tak się zastanawiam, po czasie, nad wychowaniem dziecka, co to w ogóle jest?
Zapewnienie mu najlepszych warunków finansowych, tzw. komfortu psychicznego, roztropne sterowanie z tylnego fotela, a może ochrona przed całym złem tego świata?
Chciałoby się powiedzieć - dla dzieci wszystko co najlepsze. Z tym zastrzeżeniem, że to przecież rodzice zawsze wiedzą lepiej co dla ich pociech akurat w danym momencie jest właściwe.
No oczywiście - rodzina jest najlepsza, ale zapytajcie licealistkę, czy rodzina to jest to co może ją najlepszego spotkać.
Na tę chwilę myślę, że niedoceniana jest możliwość obserwacji, po prostu dać możliwość dziecku, żeby obserwowało swoich rodziców.
Ale wymyśliłem, co? Niebezpieczna ścieżka, bardzo ryzykowne posunięcie ze strony opiekunów, łatwo wpakować się w poważne kłopoty.
I ciągle ufać, ale nie, nie dziecku przecież, kto zaufa nastolatce, litości !!!
Zaufać, że najlepsze co rodzice mogą dać dziecku do możliwość oglądania ich miłości, która polega na traceniu siebie, codziennym umieraniu w najdrobniejszych sprawach.
Bez większego ryzyka stwierdzam, że ważniejsze jest powszednie odejmowanie i dzielenie, od okazjonalnego dodawania i mnożenia.
I nie chcę tego rozwijać.
W ostatnich dwóch dniach doświadczyłem trzech historii, w których ludzki pomysł na szczęście spalił na panewce.
Miała być salwa armatnia, a poszedł tylko dym.
Pierwsza to - Into the Wild. Film o chłopaku, który chciał zrealizować swoje marzenie. O bohaterze, który miał w sobie olbrzymią pustkę, którą chciał wypełnić realizacją celu.
Cel zrealizował, pustki nie wypełnił, wydaje się, że zrozumiał jednak, że nie o niego tu chodzi, nie chodzi o jego szczęście, tylko o możliwość podzielenia się tym szczęściem z drugim człowiekiem.
Pozostałe dwie historie, o których wkrótce zapomnę, mogą mieć podobny finał.
Piszę o tym Adamie, bo siedzi to we mnie i zmagam się z tym, że życie bez Jezusa Chrystusa, będzie prędzej czy później porażką.
Wierzę jednak, że my możemy tylko z Nim, jeśli będzie na pierwszym miejscu, wtedy wszystko pozostałe będzie na swoim miejscu.
Takie życzenia powinienem złożyć swojej córce.
poniedziałek, 25 listopada 2013
Wilki dwa.
Dobrze się złożyło, że usłyszałem o zbliżających się Rekolekcjach Adwentowych ojca Adama Szustaka i Roberta Friedricha.
Przygotowanie się do Narodzenia Pana Jezusa jest niezwykle ważne.
Ale czy dla mnie?
Przecież napisałem, że szukam Jezusa Wojownika, a nie Jezuska w żłóbeczku.
Uśmiecham się sam do siebie, bo widzę swoją ułomność.
Niezwykle trudno będzie mi spotkać Tego Pierwszego jeśli nie poznam Tego z Betlejem, maleńkiego.
Zatem zaczynam jeszcze raz, od początku, z pokorą i wiarą.
Pewnie, że to już nie te Święta co kiedyś, że brak atmosfery i pewnie śniegu też nie będzie za wiele - pomińmy te i inne zbijające z tropu argumenty porażające niewzruszoną logiką, spróbujmy, mój drogi synku, olać ten cały marketingowo-prognozowy anturaż.
W takim razie na czym się skoncentrować?
A może właśnie w tym roku na Słowie?
Przygotowanie się do Narodzenia Pana Jezusa jest niezwykle ważne.
Ale czy dla mnie?
Przecież napisałem, że szukam Jezusa Wojownika, a nie Jezuska w żłóbeczku.
Uśmiecham się sam do siebie, bo widzę swoją ułomność.
Niezwykle trudno będzie mi spotkać Tego Pierwszego jeśli nie poznam Tego z Betlejem, maleńkiego.
Zatem zaczynam jeszcze raz, od początku, z pokorą i wiarą.
Pewnie, że to już nie te Święta co kiedyś, że brak atmosfery i pewnie śniegu też nie będzie za wiele - pomińmy te i inne zbijające z tropu argumenty porażające niewzruszoną logiką, spróbujmy, mój drogi synku, olać ten cały marketingowo-prognozowy anturaż.
W takim razie na czym się skoncentrować?
A może właśnie w tym roku na Słowie?
środa, 30 października 2013
5 lat
Ważne urodziny, niedawno skończyłeś 5 lat.
Przed zdmuchnięciem świeczek na torcie, powiedzieliśmy, żebyś najpierw zastanowił się i pomyślał sobie jakieś życzenie.
Byłem blisko, to mogę Ci powiedzieć, że posłuchałeś. Wyraz twarzy informował o toczących się właśnie procesach :)
Nie wiem o czym sobie pomyślałeś i dobrze bo to miała być Twoja tajemnica, ale ja życzę Tobie, żeby możliwie często myśl wyprzedzała jakiekolwiek działanie.
Niby to takie oczywiste ...
Przed zdmuchnięciem świeczek na torcie, powiedzieliśmy, żebyś najpierw zastanowił się i pomyślał sobie jakieś życzenie.
Byłem blisko, to mogę Ci powiedzieć, że posłuchałeś. Wyraz twarzy informował o toczących się właśnie procesach :)
Nie wiem o czym sobie pomyślałeś i dobrze bo to miała być Twoja tajemnica, ale ja życzę Tobie, żeby możliwie często myśl wyprzedzała jakiekolwiek działanie.
Niby to takie oczywiste ...
A czego Ty szukasz ?
Z cyklu fundamentalne pytania.
A czego Ty szukasz w życiu?
Tak, kochany Adamie, takie pytanie kiedyś się pojawi wśród wielu innych.
Myślę, że na różnych etapach życia, odpowiedź może być inna. To zrozumiałe. Każda odpowiedź będzie ważna.
Dzisiaj usłyszałem po raz kolejny, czego szukamy, czego chcemy.
Usłyszałem ją od ks. Nikosa Skurasa, pół Greka, pół Polaka, charyzmatycznego rekolekcjonisty, który w niesłychanie ekspresyjny sposób przekazuje biblijne treści, tłumaczy ich sens i co ważne dociera z tym przekazem do słuchaczy. A odbiorcami bynajmniej nie są tylko tzw. praktykujący katolicy, to często ludzie mający incydentalne kontakty z Kościołem.
Piszę, że po raz kolejny usłyszałem odpowiedź na tytułowe pytanie, bo wcześniej słyszałem ją od ojca Adama Szustaka, od ojca Pelanowskiego, od Johna Eldridge'a i wielu innych, którzy potrafili po uzyskaniu odpowiedzi zmienić swoje życie.
Zastanowiło mnie dlaczego trafiam na takie postacie podczas surfowania po necie i dzisiaj dotarło do mnie, że jednym z powodów jest odpowiedź na moje, dręczące pytanie. Ludzie, których spotykam pośrednio i bezpośrednio udzielają mnóstwo ciekawych odpowiedzi, pewnie nie mniej ważnych, ale dzisiaj wybrzmiało to co usłyszałem wyraźniej, to co spowodowało, że piszę o tym.
Każdy z nas szuka spotkania z miłością Boga, szuka Jezusa Chrystusa.
(tak jak napisałem powyższe zdanie, tak zacząłem je kasować, o czym to świadczy? że zabrzmiało to fałszywie, że zbyt arbitralnie, że w końcu nie w pełni wierzę w to co piszę, bo mam mnóstwo wątpliwości? Tak, tak, tak. Po stokroć tak.)
Pomimo wszystkich - ale - , pomimo argumentów, nie pozostawiam sobie pola do dyskusji, drogi Adamie. Dzisiaj tak myślę.
Przeglądając wcześniejsze wpisy, odnajduję tam tę właśnie treść, że szukam spotkania z Jezusem Chrystusem.
Nie z bozią, bozinką, przy paciorku, nie z Jezuskiem, słodkim niemowlaczkiem z obrazka.
Szukam Chrystusa, wojownika, twardziela, który nigdy nie odpuszcza, nie zdradzi, nie zawaha się, powie prawdę prosto z mostu.
A jednocześnie zaakceptuje moją odchłań, czarną dziurę, którą noszę, pustkę, którą próbuję wypełnić.
Szukam Jezusa, który przerzuci kładkę swojego Miłosierdzia przez ten dystans, który codziennie skrupulatnie powiększam, świadomie oddalając się od Niego.
Szukam Boga, który jest tak blisko mnie, że chyba bliżej się nie da. Zmartwychwstałego, od którego dostałem wszystko za nic.
Ks. Nikos Skuras wykrzyczał, że Bóg mnie kocha takiego jakim jestem, z moimi słabościami, z wewnętrznym bałaganem, właśnie takiego mnie chce, chorego, śmierdzącego świniami ...
Jestem wzrokowcem jak większość facetów więc lepiej jest dla mnie przeczytać to co usłyszałem wcześniej, kropka.
A czego Ty szukasz w życiu?
Tak, kochany Adamie, takie pytanie kiedyś się pojawi wśród wielu innych.
Myślę, że na różnych etapach życia, odpowiedź może być inna. To zrozumiałe. Każda odpowiedź będzie ważna.
Dzisiaj usłyszałem po raz kolejny, czego szukamy, czego chcemy.
Usłyszałem ją od ks. Nikosa Skurasa, pół Greka, pół Polaka, charyzmatycznego rekolekcjonisty, który w niesłychanie ekspresyjny sposób przekazuje biblijne treści, tłumaczy ich sens i co ważne dociera z tym przekazem do słuchaczy. A odbiorcami bynajmniej nie są tylko tzw. praktykujący katolicy, to często ludzie mający incydentalne kontakty z Kościołem.
Piszę, że po raz kolejny usłyszałem odpowiedź na tytułowe pytanie, bo wcześniej słyszałem ją od ojca Adama Szustaka, od ojca Pelanowskiego, od Johna Eldridge'a i wielu innych, którzy potrafili po uzyskaniu odpowiedzi zmienić swoje życie.
Zastanowiło mnie dlaczego trafiam na takie postacie podczas surfowania po necie i dzisiaj dotarło do mnie, że jednym z powodów jest odpowiedź na moje, dręczące pytanie. Ludzie, których spotykam pośrednio i bezpośrednio udzielają mnóstwo ciekawych odpowiedzi, pewnie nie mniej ważnych, ale dzisiaj wybrzmiało to co usłyszałem wyraźniej, to co spowodowało, że piszę o tym.
Każdy z nas szuka spotkania z miłością Boga, szuka Jezusa Chrystusa.
(tak jak napisałem powyższe zdanie, tak zacząłem je kasować, o czym to świadczy? że zabrzmiało to fałszywie, że zbyt arbitralnie, że w końcu nie w pełni wierzę w to co piszę, bo mam mnóstwo wątpliwości? Tak, tak, tak. Po stokroć tak.)
Pomimo wszystkich - ale - , pomimo argumentów, nie pozostawiam sobie pola do dyskusji, drogi Adamie. Dzisiaj tak myślę.
Przeglądając wcześniejsze wpisy, odnajduję tam tę właśnie treść, że szukam spotkania z Jezusem Chrystusem.
Nie z bozią, bozinką, przy paciorku, nie z Jezuskiem, słodkim niemowlaczkiem z obrazka.
Szukam Chrystusa, wojownika, twardziela, który nigdy nie odpuszcza, nie zdradzi, nie zawaha się, powie prawdę prosto z mostu.
A jednocześnie zaakceptuje moją odchłań, czarną dziurę, którą noszę, pustkę, którą próbuję wypełnić.
Szukam Jezusa, który przerzuci kładkę swojego Miłosierdzia przez ten dystans, który codziennie skrupulatnie powiększam, świadomie oddalając się od Niego.
Szukam Boga, który jest tak blisko mnie, że chyba bliżej się nie da. Zmartwychwstałego, od którego dostałem wszystko za nic.
Ks. Nikos Skuras wykrzyczał, że Bóg mnie kocha takiego jakim jestem, z moimi słabościami, z wewnętrznym bałaganem, właśnie takiego mnie chce, chorego, śmierdzącego świniami ...
Jestem wzrokowcem jak większość facetów więc lepiej jest dla mnie przeczytać to co usłyszałem wcześniej, kropka.
czwartek, 5 września 2013
Jestem jednak na weselu.
Jesteś w przedszkolu, będziesz w szkole, potem ... w każdym razie tam gdzie będziesz chciał, a może pójdziesz tam gdzie nie będziesz chciał, tak jak kiedyś pewien Piotrek. Dzisiaj dotarło do mnie, że tam gdzie będziesz otrzymasz naprawdę wszystko co potrzebujesz.
Czytam to co piszę i już słyszę(sam siebie), że to jakaś tania filozofia i bzdury. Jutro pewnie się z tym zgodzę się w 100 %, ale nie dziś.
Poranny Różaniec. Tajemnice Światła. Tajemnica druga. Cud na weselu w Kanie Galilejskiej.
Na weselu w Kanie zabrakło wina, Pan Jezus zamienił wodę w wino i podano gościom weselnym.
I tak sobie pomyślałem, że jeśli to był pierwszy cud, a był, to prawie nikt na weselu nie wiedział, że Jezus może czynić cuda.
Chyba nawet niewiele osób znało Jego naukę, a już na pewno nie zastanawiało się nad tym podczas zabawy.
Ot, siedział sobie przy stole ze swoją mamą i kolegami, a cała rzesza nieświadomych ludzi łącznie z panem młodym bawiła się w najlepsze. Kompletnie nic nie wiedzieli, ok niektórzy zaniepokoili się brakiem trunków, ale to po paru chwilach minęło. Zabawa trwała dalej, a impreza wtedy mogła ciągnąć się i tydzień!
Goście weselni dostali to czego potrzebowali, myślę, że wielu nawet nie zauważyło, że jest jakiś kłopot z winem.
Dostali w nadmiarze to czego potrzebowali, bo dla porządku trzeba wspomnieć ile tego wina nagle przybyło.
Otóż w zależności od pojemności stągwi( w jednej mieściły się dwie lub trzy miary) nagle na imprezie pojawiło się 470 lub w wersji max 709 litrów wina, co daje odpowiednio 630 lub 945 butelek, licząc pojemność każdej 0,75l.
G r u b o !
Dostali w nadmiarze to czego potrzebowali i nawet o tym nie wiedzieli, dostali za nic.
Jutro pewnie o tym zapomnę i jak usłyszę, że obojętnie gdzie jestem dostanę wszystko czego potrzebuję, pomyślę, że bzdury, bo przecież i tu pojawi się lista czego właśnie potrzebuję. Tak będzie jutro.
Dzisiaj trzyma mnie myśl, że mamy wszystko.
Czytam to co piszę i już słyszę(sam siebie), że to jakaś tania filozofia i bzdury. Jutro pewnie się z tym zgodzę się w 100 %, ale nie dziś.
Poranny Różaniec. Tajemnice Światła. Tajemnica druga. Cud na weselu w Kanie Galilejskiej.
Na weselu w Kanie zabrakło wina, Pan Jezus zamienił wodę w wino i podano gościom weselnym.
I tak sobie pomyślałem, że jeśli to był pierwszy cud, a był, to prawie nikt na weselu nie wiedział, że Jezus może czynić cuda.
Chyba nawet niewiele osób znało Jego naukę, a już na pewno nie zastanawiało się nad tym podczas zabawy.
Ot, siedział sobie przy stole ze swoją mamą i kolegami, a cała rzesza nieświadomych ludzi łącznie z panem młodym bawiła się w najlepsze. Kompletnie nic nie wiedzieli, ok niektórzy zaniepokoili się brakiem trunków, ale to po paru chwilach minęło. Zabawa trwała dalej, a impreza wtedy mogła ciągnąć się i tydzień!
Goście weselni dostali to czego potrzebowali, myślę, że wielu nawet nie zauważyło, że jest jakiś kłopot z winem.
Dostali w nadmiarze to czego potrzebowali, bo dla porządku trzeba wspomnieć ile tego wina nagle przybyło.
Otóż w zależności od pojemności stągwi( w jednej mieściły się dwie lub trzy miary) nagle na imprezie pojawiło się 470 lub w wersji max 709 litrów wina, co daje odpowiednio 630 lub 945 butelek, licząc pojemność każdej 0,75l.
G r u b o !
Dostali w nadmiarze to czego potrzebowali i nawet o tym nie wiedzieli, dostali za nic.
Jutro pewnie o tym zapomnę i jak usłyszę, że obojętnie gdzie jestem dostanę wszystko czego potrzebuję, pomyślę, że bzdury, bo przecież i tu pojawi się lista czego właśnie potrzebuję. Tak będzie jutro.
Dzisiaj trzyma mnie myśl, że mamy wszystko.
wtorek, 3 września 2013
Nie mieć nic, a dostawać wszystko.
Fajną usłyszałem myśl, o matce i dziecku, nic specjalnie odkrywczego, ale tutaj pasuje.
Otóż kiedy matka kocha swoje dziecko najbardziej? No pewnie, że zawsze w każdej chwili itd. Na początku jednak najintensywniej, najwylewniej, i w ogóle na początku jest naj, naj, naj.
Paradoksalnie właśnie wtedy kiedy nie może się z dzieckiem porozumieć, kiedy dziecko nic nie potrafi, albo nawet jak coś potrafi to do niczego się ta umiejętność nie przydaje.
Najlepsze są takie małe dzieciaczki, mówią czasem - małe dzieci mały kłopot - zrobi kupę o konsystencji musztardy, zwymiotuje poranną kaszkę, śpi, a my, no ja przynajmniej tak miałem, patrzyłem na śpiącego malucha, bezbronnego, takie małe 60 czy 70 centymetrowe nic, wtedy czułem moc, wydaje się, a może i tak jest, że miłość wtedy jest prawie namacalna.
W takim klimacie wysłuchałem dzisiaj ojca Adama Szustaka o byciu ubogim, jak to u o. Adama same dobre wiadomości.
P.S. Langusta na Palmie rządzi !!!
Otóż kiedy matka kocha swoje dziecko najbardziej? No pewnie, że zawsze w każdej chwili itd. Na początku jednak najintensywniej, najwylewniej, i w ogóle na początku jest naj, naj, naj.
Paradoksalnie właśnie wtedy kiedy nie może się z dzieckiem porozumieć, kiedy dziecko nic nie potrafi, albo nawet jak coś potrafi to do niczego się ta umiejętność nie przydaje.
Najlepsze są takie małe dzieciaczki, mówią czasem - małe dzieci mały kłopot - zrobi kupę o konsystencji musztardy, zwymiotuje poranną kaszkę, śpi, a my, no ja przynajmniej tak miałem, patrzyłem na śpiącego malucha, bezbronnego, takie małe 60 czy 70 centymetrowe nic, wtedy czułem moc, wydaje się, a może i tak jest, że miłość wtedy jest prawie namacalna.
W takim klimacie wysłuchałem dzisiaj ojca Adama Szustaka o byciu ubogim, jak to u o. Adama same dobre wiadomości.
P.S. Langusta na Palmie rządzi !!!
piątek, 9 sierpnia 2013
Jestem na meczu.
Samotność to taka straszna trwoga - kiedyś śpiewał Rysiek Riedel z Dżemu. Dzisiaj jakoś ta fraza dotarła do mnie uświadamiając, że ludzie strasznie potrzebują siebie nawzajem. Chcą po prostu być razem i przeżywać kolejne chwile, może bez wiecznej obietnicy, ale zapewniając o swoich uczuciach tu i teraz.
Nie mogę teraz o tym Tobie powiedzieć bo sobie spokojnie śpisz, wiec pomyślałem, że napiszę.
Wierzę, że pragnienia się spełniają, taki może pusty slogan, jednak doświadczam tego codziennie, właśnie w codzienności. Jakiś mądry człowiek powiedział : Uważaj, bo marzenia się spełniają, uważaj czego tak naprawdę chcesz, bo to się spełni. Trochę to przewrotne.
Dzisiaj usłyszałem jak powiedziałem(tak usłyszałem sam siebie), że faktycznie nie musiałem zbyt wiele robić, żeby otrzymać to co mam i to co mam to dostałem w prezencie, to nawet nie bonus, tylko taki pakiet, opcja. Jak ją uruchomiłem? Gdzie jest klawisz wyboru?
Każdy by tak chciał? Sam nie wiem.
To trochę tak jak z decyzją, że czegoś chcesz, dlatego, że nie doświadczyłeś tego wcześniej, ok dobra trochę filozofuję...
Przykład: nigdy nie byłeś na meczu piłkarskim na stadionie, ale słyszałeś, że są emocje i to zupełnie coś innego niż oglądanie spotkania w TV.
Co robisz : podejmujesz decyzję, że chcesz zobaczyć mecz na żywo i ... cała reszta toczy się dalej już sama.
Nie wiesz jak będzie, może zagrają piach, a może obejrzysz poziom LM, być może nawet z bliżej nieokreślonych powodów odwołają mecz, bo nie wiem co np. przecieka dach, a boisko ma zły drenaż. To nie ważne - idziesz na mecz, bo chciałeś, a pragnienie spełnia się samo, spełnia się z wszystkimi konsekwencjami i możliwymi scenariuszami.
Dobrze jest, kiedy na meczu nie myślisz, że mógłbyś zostać w domu, albo pójść do teatru, bo może dojść do sytuacji, że pożałujesz swojego pierwotnego pragnienia. Nawet kiedy gra jest na pograniczu fair play, nie daj się wykartkować. Źle dogrywają Ci piłkę, to uciekaj ze spalonego, rób swoje.
Nie wiem, kim możesz się stać będąc już na stadionie. Bo szedłeś z założeniem, że będziesz tylko biernym widzem, a tutaj na miejscu trener woła Cię na boisko i masz grać, albo siedzieć na ławce rezerwowych. Kto wie, może będziesz masażystą, kiedyś chyba nawet chciałeś, co?
Skąd masz wiedzieć co będziesz robił na meczu, skoro nigdy na nim nie byłeś?
Dziękuję, że jestem na meczu. Strasznie się z tego powodu cieszę, choć rzadko o tej radości pamiętam. Dziękuję, że jestem na meczu, a nie w kinie, albo na wakacjach.
Czuję, że jestem w grze i nie jestem sam :) Bardzo za to dziękuję :)
Jestem szczęśliwy, że gram w drużynie, moje marzenie codziennie się spełnia :)
Nie mogę teraz o tym Tobie powiedzieć bo sobie spokojnie śpisz, wiec pomyślałem, że napiszę.
Wierzę, że pragnienia się spełniają, taki może pusty slogan, jednak doświadczam tego codziennie, właśnie w codzienności. Jakiś mądry człowiek powiedział : Uważaj, bo marzenia się spełniają, uważaj czego tak naprawdę chcesz, bo to się spełni. Trochę to przewrotne.
Dzisiaj usłyszałem jak powiedziałem(tak usłyszałem sam siebie), że faktycznie nie musiałem zbyt wiele robić, żeby otrzymać to co mam i to co mam to dostałem w prezencie, to nawet nie bonus, tylko taki pakiet, opcja. Jak ją uruchomiłem? Gdzie jest klawisz wyboru?
Każdy by tak chciał? Sam nie wiem.
To trochę tak jak z decyzją, że czegoś chcesz, dlatego, że nie doświadczyłeś tego wcześniej, ok dobra trochę filozofuję...
Przykład: nigdy nie byłeś na meczu piłkarskim na stadionie, ale słyszałeś, że są emocje i to zupełnie coś innego niż oglądanie spotkania w TV.
Co robisz : podejmujesz decyzję, że chcesz zobaczyć mecz na żywo i ... cała reszta toczy się dalej już sama.
Nie wiesz jak będzie, może zagrają piach, a może obejrzysz poziom LM, być może nawet z bliżej nieokreślonych powodów odwołają mecz, bo nie wiem co np. przecieka dach, a boisko ma zły drenaż. To nie ważne - idziesz na mecz, bo chciałeś, a pragnienie spełnia się samo, spełnia się z wszystkimi konsekwencjami i możliwymi scenariuszami.
Dobrze jest, kiedy na meczu nie myślisz, że mógłbyś zostać w domu, albo pójść do teatru, bo może dojść do sytuacji, że pożałujesz swojego pierwotnego pragnienia. Nawet kiedy gra jest na pograniczu fair play, nie daj się wykartkować. Źle dogrywają Ci piłkę, to uciekaj ze spalonego, rób swoje.
Nie wiem, kim możesz się stać będąc już na stadionie. Bo szedłeś z założeniem, że będziesz tylko biernym widzem, a tutaj na miejscu trener woła Cię na boisko i masz grać, albo siedzieć na ławce rezerwowych. Kto wie, może będziesz masażystą, kiedyś chyba nawet chciałeś, co?
Skąd masz wiedzieć co będziesz robił na meczu, skoro nigdy na nim nie byłeś?
Dziękuję, że jestem na meczu. Strasznie się z tego powodu cieszę, choć rzadko o tej radości pamiętam. Dziękuję, że jestem na meczu, a nie w kinie, albo na wakacjach.
Czuję, że jestem w grze i nie jestem sam :) Bardzo za to dziękuję :)
Jestem szczęśliwy, że gram w drużynie, moje marzenie codziennie się spełnia :)
środa, 12 czerwca 2013
Wiatr
Dzisiaj Adamie coś o czym faceci między sobą nie rozmawiają, albo jeśli już to bardzo zdawkowo i po żołniersku.
Zatem ja również nie będę się rozpisywał, bo nic mądrego nie wymyślę.
Taką przypomniałem sobie odpowiedz, która bardzo mi się podoba i akceptuję ją zwłaszcza dzisiaj i właśnie tu i dokładnie teraz.
Powiem: Spytaj się wiatru w dąbrowie,
czemu nagle upadnie z wysoka
i obleci całą dąbrowę,
szuka, szuka: gdzie jagody głogowe?
Co ważne mocno wierzę w to, że ten wiatr wieje tam gdzie chce :)
Zatem ja również nie będę się rozpisywał, bo nic mądrego nie wymyślę.
Taką przypomniałem sobie odpowiedz, która bardzo mi się podoba i akceptuję ją zwłaszcza dzisiaj i właśnie tu i dokładnie teraz.
Powiem: Spytaj się wiatru w dąbrowie,
czemu nagle upadnie z wysoka
i obleci całą dąbrowę,
szuka, szuka: gdzie jagody głogowe?
Co ważne mocno wierzę w to, że ten wiatr wieje tam gdzie chce :)
poniedziałek, 20 maja 2013
List
Poniższy list został napisany w 1950 roku przez żołnierza amerykańskiego, który brał udział w wojnie w Korei. Rok później został odczytany w bazie Marynarki Wojennej w Kalifornii, przez kapelana wojskowego ks. Waltera Muldiego wobec pięciu tysięcy żołnierzy.
Po prostu przyjmij to.
Kochana Mamo!
Nie ośmieliłbym się o tym napisać do nikogo innego jak tylko do Ciebie, ponieważ nikt inny nie uwierzyłby w to, co zamierzam opisać. Być może i Tobie trudno będzie w to uwierzyć, ale ja muszę o tym komuś powiedzieć.
Przede wszystkim piszę do Ciebie z łóżka szpitalnego. Nie martw się! Zostałem ranny, ale już czuję się dobrze. Lekarze mówią, że wrócę do zdrowia w ciągu miesiąca. Ale nie o tym chciałem Ci opowiedzieć.
Pamiętasz, jak rok temu wstępowałem do armii? Pamiętasz, jak opuszczałem dom i mnie przestrzegałaś, żebym każdego dnia modlił się do św. Michała Archanioła? Wcale nie musiałaś mi o tym przypominać. Odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze mi powtarzałaś, żebym się modlił do tego Archanioła. Nawet dałaś mi imię na jego cześć. No cóż, mogę Cię zapewnić, że zawsze o tym pamiętałem.
Kiedy trafiłem do Korei, modliłem się nawet jeszcze więcej. Czy pamiętasz tę modlitwę, której mnie nauczyłaś?: Św. Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga… Resztę sama znasz. Zawsze ją odmawiałem. Czasami nawet, gdy maszerowaliśmy albo zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, uczyłem jej moich towarzyszy broni.
Pewnego razu wysłano nas na zwiad w poszukiwaniu komunistów. Było bardzo zimno. Z ust wychodziły nam kłęby pary, jakbyśmy palili cygara. Myślałem, że znam wszystkich chłopaków z patrolu. A tymczasem, nagle obok mnie pojawił się jakiś żołnierz, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Był większy od wszystkich marines, których kiedykolwiek spotkałem. (…) Czułem się bezpiecznie, mając go u swojego boku. W każdym razie maszerowaliśmy razem obok siebie, a reszta patrolu się rozproszyła. Zagadnąłem go:
– Zimno dzisiaj, nieprawdaż? – I zacząłem się śmiać. Czyż nie jest absurdalne mówienie o pogodzie, kiedy w każdej chwili można być trafionym?
Mój kolega wydawał się rozumieć, co mam na myśli. Słyszałem jak się śmiał, ale nie tak głośno jak ja. Spojrzałem na niego i powiedziałem:
– Nigdy Cię wcześniej nie widziałem. Myślałem, że znam wszystkich z naszego oddziału.
– Właśnie dopiero co dołączyłem – odrzekł. – Jestem Michał.
– Coś takiego?! – zdziwiłem się. – To tak jak ja.
– Wiem – odparł i zaczął się modlić: – Św. Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga…
Byłem tak zaskoczony, że przez chwilę milczałem. Zastanawiałem się, skąd znał moje imię i modlitwę, której mnie nauczyłaś? Potem jednak uśmiechnąłem się sam do siebie. Pomyślałem sobie, że przecież każdy chłopak w oddziale mnie znał. Czyż nie recytowałem jej każdemu, kto tylko chciał jej słuchać? Dlaczego teraz nie mieliby jej kojarzyć ze mną?
Przez moment szliśmy nic nie mówiąc, po czym Michał przerwał milczenie:
– Za chwilę będziemy mieli kłopoty.
Z jego twarzy zniknął uśmiech. Pomyślałem sobie, że to żadna rewelacja, przecież wiadomo było, że wszędzie są komuniści i że w każdej chwili mogliśmy się na nich natknąć. Śnieg zaczął sypać mocniej, tworząc wkoło wielkie zaspy. W chwilę później cała okolica pokryła się grubą warstwą białego puchu. Zrobiło się ciemniej i pojawiła się mgła. Maszerowałem dalej, ale już nie widziałem mego towarzysza broni.
– Michał! – nagle zawołałem przestraszony i poczułem jego mocną dłoń na plecach.
– Wkrótce się przejaśni – zapewnił mnie donośnym głosem.
Jego przewidywania się sprawdziły. Niebawem, w ciągu kilku minut śnieg przestał sypać i wyszło słońce. Rozejrzałem się dookoła. Mało serce mi nie zamarło! Przed nami stało siedmiu komunistów w swoich śmiesznych kufajkach, spodniach i czapkach. Ale wcale nie było mi do śmiechu. Stali z karabinami wycelowanymi prosto w nas!
– Michał, padnij! – krzyknąłem i sam osunąłem się na ziemię. Słyszałem jak komuniści bez przerwy strzelali. Słyszałem jak świstały kule. A Michał wciąż stał! Mamo, ci faceci nie mogli spudłować. Spodziewałem się, że ciało Michała podziurawią dosłownie jak sito. Ale on wciąż stał i nawet się nie bronił. Nie strzelał. Był sparaliżowany strachem. To się czasami zdarza, nawet najdzielniejszym żołnierzom. Był jak ptak zahipnotyzowany przez węża. W końcu sam podniosłem się z ziemi i doskoczyłem do niego, by go powalić. Wtedy poczułem ciepło w piersi. Zawsze chciałem wiedzieć, jak to jest, gdy się zostanie trafionym. Teraz już to wiem. Poczułem jeszcze silne ramiona, które mnie objęły i delikatnie położyły na ziemi. Otwarłem oczy, by jeszcze raz spojrzeć na świat. Byłem umierający.
Być może promienie słoneczne mnie oślepiły, albo po prostu byłem w szoku, ale wydaje mi się, że widziałem Michała wciąż stojącego, a jego twarz jaśniała niewypowiedzianym pięknem.
Jak już mówiłem, być może to światło słoneczne odbijające się w moich oczach sprawiło, że widziałem Michała, jak się zmieniał. Stawał się coraz większy. Jego ramiona jakby się rozrastały. Przypominał anioła. W dodatku w ręku trzymał miecz. Miecz, który rozbłysnął milionem świateł.
Cóż, to wszystko, co zapamiętałem, zanim zemdlałem. Później podbiegli do mnie kompani. Nie mam pojęcia, jak długo byłem nieprzytomny. Teraz i wtedy nie czułem gorączki ani bólu. Pamiętam, jak opowiadałem im o wrogu, który znajdował się tuż przed nimi. W końcu zapytałem ich:
– Gdzie jest Michał? – Widziałem jak się dziwili. – Kto? – spytał któryś z moich kumpli.
– Michał, taki wielki żołnierz, który szedł obok mnie, zanim nas spotkała ta zamieć– powiedziałem.
– Chłopcze – odparł sierżant. – Nikt nie szedł obok ciebie. Obserwowałem cię. Za bardzo się od nas oddaliłeś. Właśnie miałem cię zawołać, gdy zniknąłeś mi we mgle.
Spojrzał na mnie. Widać było, że coś go trapi. Po chwili łagodnie zapytał:
– Jak tego dokonałeś chłopcze?
– Czego?! – spytałem trochę zły i zacząłem od nowa dociekać, gdzie jest Michał.
– Synu – przerwał delikatnie sierżant. – Znam wszystkich żołnierzy ze swojego oddziału. Ty jesteś jedynym Michałem w naszej grupie. Nie ma w niej żadnego innego Michała.
Przerwał na moment i po chwili ponownie spytał:
– Jak tego dokonałeś synu? Słyszeliśmy strzały. To nie były strzały wystrzelone z twojego karabinu. Kul nie znaleźliśmy także w ciałach siedmiu zabitych tam na wzgórzu.
Nie odezwałem się na te słowa. Bo co miałem powiedzieć? Mogłem tylko patrzeć na nich zdziwiony, tak samo jak oni patrzyli na mnie.
Sierżant ponownie przemówił:
– Chłopcze – powiedział delikatnie – każdy z tych siedmiu komunistów zginął od uderzenia mieczem.
To wszystko, Mamo. Jak już wspominałem, być może promienie słoneczne mnie oślepiły i to wszystko mi się zdawało, a być może zimno to sprawiło. Sam nie wiem, ale musiałem o tym komuś powiedzieć.
Całuję Cię,
Twój kochający syn Michał.
* * *
Kapelan Muldy oraz sierżant stojący na czele patrolu zapewniali, że historia ta jest prawdziwa. Jest ona także dobrze znana wśród amerykańskich żołnierzy.
Po prostu przyjmij to.
Kochana Mamo!
Nie ośmieliłbym się o tym napisać do nikogo innego jak tylko do Ciebie, ponieważ nikt inny nie uwierzyłby w to, co zamierzam opisać. Być może i Tobie trudno będzie w to uwierzyć, ale ja muszę o tym komuś powiedzieć.
Przede wszystkim piszę do Ciebie z łóżka szpitalnego. Nie martw się! Zostałem ranny, ale już czuję się dobrze. Lekarze mówią, że wrócę do zdrowia w ciągu miesiąca. Ale nie o tym chciałem Ci opowiedzieć.
Pamiętasz, jak rok temu wstępowałem do armii? Pamiętasz, jak opuszczałem dom i mnie przestrzegałaś, żebym każdego dnia modlił się do św. Michała Archanioła? Wcale nie musiałaś mi o tym przypominać. Odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze mi powtarzałaś, żebym się modlił do tego Archanioła. Nawet dałaś mi imię na jego cześć. No cóż, mogę Cię zapewnić, że zawsze o tym pamiętałem.
Kiedy trafiłem do Korei, modliłem się nawet jeszcze więcej. Czy pamiętasz tę modlitwę, której mnie nauczyłaś?: Św. Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga… Resztę sama znasz. Zawsze ją odmawiałem. Czasami nawet, gdy maszerowaliśmy albo zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, uczyłem jej moich towarzyszy broni.
Pewnego razu wysłano nas na zwiad w poszukiwaniu komunistów. Było bardzo zimno. Z ust wychodziły nam kłęby pary, jakbyśmy palili cygara. Myślałem, że znam wszystkich chłopaków z patrolu. A tymczasem, nagle obok mnie pojawił się jakiś żołnierz, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Był większy od wszystkich marines, których kiedykolwiek spotkałem. (…) Czułem się bezpiecznie, mając go u swojego boku. W każdym razie maszerowaliśmy razem obok siebie, a reszta patrolu się rozproszyła. Zagadnąłem go:
– Zimno dzisiaj, nieprawdaż? – I zacząłem się śmiać. Czyż nie jest absurdalne mówienie o pogodzie, kiedy w każdej chwili można być trafionym?
Mój kolega wydawał się rozumieć, co mam na myśli. Słyszałem jak się śmiał, ale nie tak głośno jak ja. Spojrzałem na niego i powiedziałem:
– Nigdy Cię wcześniej nie widziałem. Myślałem, że znam wszystkich z naszego oddziału.
– Właśnie dopiero co dołączyłem – odrzekł. – Jestem Michał.
– Coś takiego?! – zdziwiłem się. – To tak jak ja.
– Wiem – odparł i zaczął się modlić: – Św. Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga…
Byłem tak zaskoczony, że przez chwilę milczałem. Zastanawiałem się, skąd znał moje imię i modlitwę, której mnie nauczyłaś? Potem jednak uśmiechnąłem się sam do siebie. Pomyślałem sobie, że przecież każdy chłopak w oddziale mnie znał. Czyż nie recytowałem jej każdemu, kto tylko chciał jej słuchać? Dlaczego teraz nie mieliby jej kojarzyć ze mną?
Przez moment szliśmy nic nie mówiąc, po czym Michał przerwał milczenie:
– Za chwilę będziemy mieli kłopoty.
Z jego twarzy zniknął uśmiech. Pomyślałem sobie, że to żadna rewelacja, przecież wiadomo było, że wszędzie są komuniści i że w każdej chwili mogliśmy się na nich natknąć. Śnieg zaczął sypać mocniej, tworząc wkoło wielkie zaspy. W chwilę później cała okolica pokryła się grubą warstwą białego puchu. Zrobiło się ciemniej i pojawiła się mgła. Maszerowałem dalej, ale już nie widziałem mego towarzysza broni.
– Michał! – nagle zawołałem przestraszony i poczułem jego mocną dłoń na plecach.
– Wkrótce się przejaśni – zapewnił mnie donośnym głosem.
Jego przewidywania się sprawdziły. Niebawem, w ciągu kilku minut śnieg przestał sypać i wyszło słońce. Rozejrzałem się dookoła. Mało serce mi nie zamarło! Przed nami stało siedmiu komunistów w swoich śmiesznych kufajkach, spodniach i czapkach. Ale wcale nie było mi do śmiechu. Stali z karabinami wycelowanymi prosto w nas!
– Michał, padnij! – krzyknąłem i sam osunąłem się na ziemię. Słyszałem jak komuniści bez przerwy strzelali. Słyszałem jak świstały kule. A Michał wciąż stał! Mamo, ci faceci nie mogli spudłować. Spodziewałem się, że ciało Michała podziurawią dosłownie jak sito. Ale on wciąż stał i nawet się nie bronił. Nie strzelał. Był sparaliżowany strachem. To się czasami zdarza, nawet najdzielniejszym żołnierzom. Był jak ptak zahipnotyzowany przez węża. W końcu sam podniosłem się z ziemi i doskoczyłem do niego, by go powalić. Wtedy poczułem ciepło w piersi. Zawsze chciałem wiedzieć, jak to jest, gdy się zostanie trafionym. Teraz już to wiem. Poczułem jeszcze silne ramiona, które mnie objęły i delikatnie położyły na ziemi. Otwarłem oczy, by jeszcze raz spojrzeć na świat. Byłem umierający.
Być może promienie słoneczne mnie oślepiły, albo po prostu byłem w szoku, ale wydaje mi się, że widziałem Michała wciąż stojącego, a jego twarz jaśniała niewypowiedzianym pięknem.
Jak już mówiłem, być może to światło słoneczne odbijające się w moich oczach sprawiło, że widziałem Michała, jak się zmieniał. Stawał się coraz większy. Jego ramiona jakby się rozrastały. Przypominał anioła. W dodatku w ręku trzymał miecz. Miecz, który rozbłysnął milionem świateł.
Cóż, to wszystko, co zapamiętałem, zanim zemdlałem. Później podbiegli do mnie kompani. Nie mam pojęcia, jak długo byłem nieprzytomny. Teraz i wtedy nie czułem gorączki ani bólu. Pamiętam, jak opowiadałem im o wrogu, który znajdował się tuż przed nimi. W końcu zapytałem ich:
– Gdzie jest Michał? – Widziałem jak się dziwili. – Kto? – spytał któryś z moich kumpli.
– Michał, taki wielki żołnierz, który szedł obok mnie, zanim nas spotkała ta zamieć– powiedziałem.
– Chłopcze – odparł sierżant. – Nikt nie szedł obok ciebie. Obserwowałem cię. Za bardzo się od nas oddaliłeś. Właśnie miałem cię zawołać, gdy zniknąłeś mi we mgle.
Spojrzał na mnie. Widać było, że coś go trapi. Po chwili łagodnie zapytał:
– Jak tego dokonałeś chłopcze?
– Czego?! – spytałem trochę zły i zacząłem od nowa dociekać, gdzie jest Michał.
– Synu – przerwał delikatnie sierżant. – Znam wszystkich żołnierzy ze swojego oddziału. Ty jesteś jedynym Michałem w naszej grupie. Nie ma w niej żadnego innego Michała.
Przerwał na moment i po chwili ponownie spytał:
– Jak tego dokonałeś synu? Słyszeliśmy strzały. To nie były strzały wystrzelone z twojego karabinu. Kul nie znaleźliśmy także w ciałach siedmiu zabitych tam na wzgórzu.
Nie odezwałem się na te słowa. Bo co miałem powiedzieć? Mogłem tylko patrzeć na nich zdziwiony, tak samo jak oni patrzyli na mnie.
Sierżant ponownie przemówił:
– Chłopcze – powiedział delikatnie – każdy z tych siedmiu komunistów zginął od uderzenia mieczem.
To wszystko, Mamo. Jak już wspominałem, być może promienie słoneczne mnie oślepiły i to wszystko mi się zdawało, a być może zimno to sprawiło. Sam nie wiem, ale musiałem o tym komuś powiedzieć.
Całuję Cię,
Twój kochający syn Michał.
* * *
Kapelan Muldy oraz sierżant stojący na czele patrolu zapewniali, że historia ta jest prawdziwa. Jest ona także dobrze znana wśród amerykańskich żołnierzy.
czwartek, 25 kwietnia 2013
To nie próżność.
Jeżeli czernię sobie rzęsy
I szminką barwię usta,
Jeśli oczom przydaję blasku
I chodzę od lustra do lustra,
Sprawdzając czy tak dobrze,
To nie jest próżność z mej strony:
Szukam twarzy jaką miałam wówczas,
Nim świat został stworzony.
W.B Yeats
wtorek, 26 marca 2013
Ta przeklęta Moabitka Rut.
Trochę sfiksowałem ostatnio na punkcie kazań i rekolekcji ojca Adama Szustaka i choć jest to nawet zbieżne z tytułem bloga, zatem nieprzypadkowe,to jednocześnie niezaplanowane. Czyli tak miało być:)
Wrzucam od razu trzy części, które każdy oczywiście może znaleźć w sieci osobno.
Dozowałem sobie tę naukę tak jak zamierzał autor, czyli codziennie jeden odcinek.
O co chodzi? O zmianę, prawdziwą zmianę. Niemożliwe?
Powiedzcie to Rut!
Wrzucam od razu trzy części, które każdy oczywiście może znaleźć w sieci osobno.
Dozowałem sobie tę naukę tak jak zamierzał autor, czyli codziennie jeden odcinek.
O co chodzi? O zmianę, prawdziwą zmianę. Niemożliwe?
Powiedzcie to Rut!
niedziela, 24 marca 2013
Trzeba wyjść z chlewu.
Marzec, a konkretnie ostatni jego tydzień w tym roku nie rozpieszcza dodatnimi temperaturami.
Jeśli rozwalę zimowe buty to w tym momencie będę miał olbrzymie kłopoty, żeby kupić nowe w jakimkolwiek sklepie, czyli już po sezonie. W każdym obuwniczym oferta głęboko wiosenna, ba letnia nawet.
Rzeczywistość handlowa wyprzedza naturę, chce być krok przed nią, oczywiście w imię naszego komfortu stwarza okazję do poczucia się lepiej w nowych lżejszych rzeczach, choć za oknem śnieg, a prognozy na najbliższy tydzień marne.
Niby wiosna już przyszła, wiemy jak powinno być, a pomimo to jest inaczej.
Znam treść i wiem o czym jest ta przypowieść, o. Adam Szustak czyta ją inaczej.
Jeśli rozwalę zimowe buty to w tym momencie będę miał olbrzymie kłopoty, żeby kupić nowe w jakimkolwiek sklepie, czyli już po sezonie. W każdym obuwniczym oferta głęboko wiosenna, ba letnia nawet.
Rzeczywistość handlowa wyprzedza naturę, chce być krok przed nią, oczywiście w imię naszego komfortu stwarza okazję do poczucia się lepiej w nowych lżejszych rzeczach, choć za oknem śnieg, a prognozy na najbliższy tydzień marne.
Niby wiosna już przyszła, wiemy jak powinno być, a pomimo to jest inaczej.
Znam treść i wiem o czym jest ta przypowieść, o. Adam Szustak czyta ją inaczej.
czwartek, 14 marca 2013
J 5, 1-18
Często powraca taka myśl, która nie daje mi spokoju, albo inaczej, skłania mnie raczej do poszukiwań.
Zastanawiam się nad tym co jest tu i teraz. Co robię, dlaczego to robię, czy to co robię jest zgodne ze mną, najprościej sprawę ujmując. Na co mam wpływ, co wynika z mojej determinacji, a co jest efektem lenistwa.
Co zawdzięczam łasce, a co zdobyłem dzięki bezczelności. Pytania bez znaków zapytania.
Szukam ...
A kiedy szukam to znajduję. Znalazłem żonę, pracę, całkiem niedawno medytację, którą już zdążyłem gdzieś zapodziać.
Odnalazłem różaniec, potem teksty Johna Eldridge'a, teraz spotkałem niby przypadkiem rekolekcje i kazania dominikanina Adama Szustaka.
Kiedyś znalazłem przyjaźń, obecnie okazuje się, że nie sprostałem wymaganiom tego odkrycia.
Wydaje się, że Największego Przyjaciela jeszcze nie odkryłem, choć wierzę, że jest tuż obok i od zawsze.
Idę ścieżką i nie widzę co jest na horyzoncie, światło oświetla tylko kolejny krok, tak jest dobrze.
Chcę dokopać się głębiej i czytam Eldridge'a i słucham Szustaka.
Konferencja poniżej do Ewangelii Św. Jana 5, 1-18.
Zastanawiam się nad tym co jest tu i teraz. Co robię, dlaczego to robię, czy to co robię jest zgodne ze mną, najprościej sprawę ujmując. Na co mam wpływ, co wynika z mojej determinacji, a co jest efektem lenistwa.
Co zawdzięczam łasce, a co zdobyłem dzięki bezczelności. Pytania bez znaków zapytania.
Szukam ...
A kiedy szukam to znajduję. Znalazłem żonę, pracę, całkiem niedawno medytację, którą już zdążyłem gdzieś zapodziać.
Odnalazłem różaniec, potem teksty Johna Eldridge'a, teraz spotkałem niby przypadkiem rekolekcje i kazania dominikanina Adama Szustaka.
Kiedyś znalazłem przyjaźń, obecnie okazuje się, że nie sprostałem wymaganiom tego odkrycia.
Wydaje się, że Największego Przyjaciela jeszcze nie odkryłem, choć wierzę, że jest tuż obok i od zawsze.
Idę ścieżką i nie widzę co jest na horyzoncie, światło oświetla tylko kolejny krok, tak jest dobrze.
Chcę dokopać się głębiej i czytam Eldridge'a i słucham Szustaka.
Konferencja poniżej do Ewangelii Św. Jana 5, 1-18.
piątek, 8 marca 2013
Jak gazela, jak polny jeleń.
Dzisiaj odcinek 7, o śpiącym Bogu.
Wszystkie części dostępne w sieci, warto poszukać i odsłuchać.
Być jak polny jeleń...hm
Wszystkie części dostępne w sieci, warto poszukać i odsłuchać.
Być jak polny jeleń...hm
wtorek, 26 lutego 2013
środa, 16 stycznia 2013
Czy mój różaniec jest trupem?
Trzeba powiedzieć sobie wprost - bywa, czasem bywa.
Do takiego wniosku skłoniło mnie przeczytane dzisiaj stwierdzenie papieża Pawła VI i słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza, oraz jedno zdanie Jana Pawła II.
Nagle mnie oświeciło, nic takiego, nic nowego, proste zdania, którego sens jest zrozumiały dla każdego, ale co innego wiedzieć, a co innego uświadomić to sobie.
Odmawiam różaniec od jakiegoś czasu,staram się codziennie, nie takie istotne jak długo, ważniejsze jak to robię. Kluczowe słowo to jakość modlitwy.
Zacznę od Mateusza, coż takiego przeczytamy w tej Ewangelii, otóż między innymi takie zdanie Jezusa Chrystusa : W modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani (Mt 6,7)
Papież Paweł VI niby nie mówi nic nowego : "Jeśli braknie kontemplacji, różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł ... i dalej Różaniec bowiem z natury swej wymaga odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i powolnej refleksji, by przez to modlący się łatwiej oddał się kontemplacji tajemnic życia Chrystusa, rozważanych jakby sercem Tej, która ze wszystkich była najbliższa Panu, i by otwarte zostały niezgłębione tych tajemnic bogactwa."
Błogosławiony Jan Paweł II dodaje, że jeśli różańca nie będzie odmawiać się zgodnie z jego modlitewnym przeznaczeniem, to "różaniec nie tylko nie przyniesie pożądanych skutków duchowych, ale dojdzie do sytuacji, że koronkę, na której zazwyczaj sie go odmawia, będzie się traktować na równi z jakimś amuletem czy przedmiotem magicznym, co byłoby radykalnym wypaczeniem jego znaczenia i funkcji"
"Ciało bez duszy" to przecież trup.
Czy mój różaniec jest trupem?
Czy mój różaniec to przegadana modlitwa?
Czy mój różaniec jest bez jakości?
Niestety bywa, czasem bywa.
Na koniec chciałbym dodać, że powyższe pytania pojawiły się w trakcie czytania ksiązki Cezarego Sękalskiego - Różaniec Swięty Na Nowo Odkryty.
Autorowi dziękuję serdecznie.
Do takiego wniosku skłoniło mnie przeczytane dzisiaj stwierdzenie papieża Pawła VI i słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza, oraz jedno zdanie Jana Pawła II.
Nagle mnie oświeciło, nic takiego, nic nowego, proste zdania, którego sens jest zrozumiały dla każdego, ale co innego wiedzieć, a co innego uświadomić to sobie.
Odmawiam różaniec od jakiegoś czasu,staram się codziennie, nie takie istotne jak długo, ważniejsze jak to robię. Kluczowe słowo to jakość modlitwy.
Zacznę od Mateusza, coż takiego przeczytamy w tej Ewangelii, otóż między innymi takie zdanie Jezusa Chrystusa : W modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani (Mt 6,7)
Papież Paweł VI niby nie mówi nic nowego : "Jeśli braknie kontemplacji, różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł ... i dalej Różaniec bowiem z natury swej wymaga odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i powolnej refleksji, by przez to modlący się łatwiej oddał się kontemplacji tajemnic życia Chrystusa, rozważanych jakby sercem Tej, która ze wszystkich była najbliższa Panu, i by otwarte zostały niezgłębione tych tajemnic bogactwa."
Błogosławiony Jan Paweł II dodaje, że jeśli różańca nie będzie odmawiać się zgodnie z jego modlitewnym przeznaczeniem, to "różaniec nie tylko nie przyniesie pożądanych skutków duchowych, ale dojdzie do sytuacji, że koronkę, na której zazwyczaj sie go odmawia, będzie się traktować na równi z jakimś amuletem czy przedmiotem magicznym, co byłoby radykalnym wypaczeniem jego znaczenia i funkcji"
"Ciało bez duszy" to przecież trup.
Czy mój różaniec jest trupem?
Czy mój różaniec to przegadana modlitwa?
Czy mój różaniec jest bez jakości?
Niestety bywa, czasem bywa.
Na koniec chciałbym dodać, że powyższe pytania pojawiły się w trakcie czytania ksiązki Cezarego Sękalskiego - Różaniec Swięty Na Nowo Odkryty.
Autorowi dziękuję serdecznie.
środa, 9 stycznia 2013
Zig Ziglar 1926 - 2012
28 listopada 2012
W wieku 86 zmarł Zig Ziglar.
Był, choć nadal pewnie jest dla wielu, niekwestionowanym człowiekiem sukcesu, mistrzem motywacji, prawdziwym mentorem.
Napisał ponad 20 książek na temat motywacji, efektywnej sprzedaży, życia lepszego niż dobre, o tym jak zdobyć szczyt, a potem jak znaleźć się ponad szczytem, a przy tym jak dbać o rodzinę i przyjaciół. Pisał i przemawiał językiem prostym, ale trafiającym w sedno. Opisywał historie zwykłych ludzi, których życie nie oszczędzało, a którzy pomimo przeszkód osiągali sukces.
Zawsze twierdził, że Posiadasz Wszystko Co Jest Potrzebne, Żeby Osiągnąć Sukces, Żeby Być Szczęśliwym.
Nie wiem czy zostawił testament, taki zbiór rad, Wiesz taki co odpowie na pytanie – Jak Żyć? Ale jestem przekonany, że On nie musiał tego robić, bo w każdej ze swoich publikacji, na każdej stronie swojej ksiązki, w każdej minucie motywacyjnego przemówienia przenosił potężny ładunek emocjonalny, który dostarczał słuchaczom, uderzał w nich jak młotem kowalskim, otrzeźwiał swoją wierną publiczność, do której i ja się nieskromnie zaliczam.
Pozwolę sobie przytoczyć poniżej co oznacza wg. Ziga Ziglara być na szczyciem, a nawet ponad nim. Właśnie w książce – Ponad Szczytem – wydanej w 1994 roku, przekazuje drogowskazy, które nie straciły dzisiaj na aktualności, i z których warto się skorzystać, bo Zig zawsze wiedział co mówi.
Zatem znajdujesz się na szczycie, gdy :
1.Pogodziłeś się z przeszłością i skoncentrowałeś się na teraźniejszości, jesteś też optymistą, jeśli chodzi o przyszłość.
2.Cieszysz się miłością przyjaciół i szacunkiem wrogów.
3.Przepełnia cię wiara, nadzieja i miłość, żyjesz bez gniewu, chciwości, poczucia winy, zawiści i żądzy odwetu.
4.Wiesz, że jeśli nie będziesz miał dość cierpliwości, by wytrwać w zasadach moralnych, staniesz na progu sytuacji, w której padniesz ofiarą zła.
5.Jesteś dość dojrzały, by odłożyć kwestię zapłaty za swe czyny i przerzucić uwagę z twych praw na twą odpowiedzialność.
6.Kochasz niekochanego, podsuwasz nadzieję zdesperowanemu, przyjaźń samotnemu i zachętę zniechęconemu.
7.Wiesz, że sukces (zwycięstwo) nie zmieniają cię, zaś przegrana (strata) cię nie załamuje.
8.Potrafisz patrzeć wstecz z przebaczeniem, naprzód z nadzieją, w dół ze współczuciem i w górę z wdzięcznością.
9.Jesteś bezpieczny, będąc tym kim jesteś, więc żyjesz w stanie pokoju z Bogiem i przyjaźni z człowiekiem.
10.Jasno rozumiesz, że wczoraj skończyło się ubiegłej nocy, a dzisiaj, cóż za dzień, należy do ciebie.
11.Akceptujesz wskazówkę, że największy z was nich będzie wszym sługą.
12.Jesteś miły dla zrzędy, uprzejmy dla prostaka i hojny wobec potrzebujących, bo wiesz, że długofalowe zyski z dawania i przebaczania znacznie przekraczają krótkoterminowe zyski z brania.
13.Rozpoznajesz, rozwijasz i używasz dane ci przez Boga możliwości fizyczne, umysłowe i duchowe na chwałę Boga i dla dobra rodzaju ludzkiego.
14.Stoisz w obliczu Stwórcy, a on mówi do ciebie: Dobrze zrobione, jesteś dobrym i wiernym sługą.
W wieku 86 zmarł Zig Ziglar.
Był, choć nadal pewnie jest dla wielu, niekwestionowanym człowiekiem sukcesu, mistrzem motywacji, prawdziwym mentorem.
Napisał ponad 20 książek na temat motywacji, efektywnej sprzedaży, życia lepszego niż dobre, o tym jak zdobyć szczyt, a potem jak znaleźć się ponad szczytem, a przy tym jak dbać o rodzinę i przyjaciół. Pisał i przemawiał językiem prostym, ale trafiającym w sedno. Opisywał historie zwykłych ludzi, których życie nie oszczędzało, a którzy pomimo przeszkód osiągali sukces.
Zawsze twierdził, że Posiadasz Wszystko Co Jest Potrzebne, Żeby Osiągnąć Sukces, Żeby Być Szczęśliwym.
Nie wiem czy zostawił testament, taki zbiór rad, Wiesz taki co odpowie na pytanie – Jak Żyć? Ale jestem przekonany, że On nie musiał tego robić, bo w każdej ze swoich publikacji, na każdej stronie swojej ksiązki, w każdej minucie motywacyjnego przemówienia przenosił potężny ładunek emocjonalny, który dostarczał słuchaczom, uderzał w nich jak młotem kowalskim, otrzeźwiał swoją wierną publiczność, do której i ja się nieskromnie zaliczam.
Pozwolę sobie przytoczyć poniżej co oznacza wg. Ziga Ziglara być na szczyciem, a nawet ponad nim. Właśnie w książce – Ponad Szczytem – wydanej w 1994 roku, przekazuje drogowskazy, które nie straciły dzisiaj na aktualności, i z których warto się skorzystać, bo Zig zawsze wiedział co mówi.
Zatem znajdujesz się na szczycie, gdy :
1.Pogodziłeś się z przeszłością i skoncentrowałeś się na teraźniejszości, jesteś też optymistą, jeśli chodzi o przyszłość.
2.Cieszysz się miłością przyjaciół i szacunkiem wrogów.
3.Przepełnia cię wiara, nadzieja i miłość, żyjesz bez gniewu, chciwości, poczucia winy, zawiści i żądzy odwetu.
4.Wiesz, że jeśli nie będziesz miał dość cierpliwości, by wytrwać w zasadach moralnych, staniesz na progu sytuacji, w której padniesz ofiarą zła.
5.Jesteś dość dojrzały, by odłożyć kwestię zapłaty za swe czyny i przerzucić uwagę z twych praw na twą odpowiedzialność.
6.Kochasz niekochanego, podsuwasz nadzieję zdesperowanemu, przyjaźń samotnemu i zachętę zniechęconemu.
7.Wiesz, że sukces (zwycięstwo) nie zmieniają cię, zaś przegrana (strata) cię nie załamuje.
8.Potrafisz patrzeć wstecz z przebaczeniem, naprzód z nadzieją, w dół ze współczuciem i w górę z wdzięcznością.
9.Jesteś bezpieczny, będąc tym kim jesteś, więc żyjesz w stanie pokoju z Bogiem i przyjaźni z człowiekiem.
10.Jasno rozumiesz, że wczoraj skończyło się ubiegłej nocy, a dzisiaj, cóż za dzień, należy do ciebie.
11.Akceptujesz wskazówkę, że największy z was nich będzie wszym sługą.
12.Jesteś miły dla zrzędy, uprzejmy dla prostaka i hojny wobec potrzebujących, bo wiesz, że długofalowe zyski z dawania i przebaczania znacznie przekraczają krótkoterminowe zyski z brania.
13.Rozpoznajesz, rozwijasz i używasz dane ci przez Boga możliwości fizyczne, umysłowe i duchowe na chwałę Boga i dla dobra rodzaju ludzkiego.
14.Stoisz w obliczu Stwórcy, a on mówi do ciebie: Dobrze zrobione, jesteś dobrym i wiernym sługą.
środa, 2 stycznia 2013
Przed Walką.
Wątpimy.
Czasami zadajemy pytania wcale nie licząc na odpowiedzi. Bo co w konkretnym momencie, w obliczu jakieś klęski, tragedii, śmierci, w obliczu życiowego przełomu, co zmienia pytanie:
- Czy istniejesz Boże, pewnie nie, skoro dopuszczasz do takiej sytuacji, przecież gdybyś był, to z pewnością byłoby inaczej - tak sobie czasami myślimy, chociaż pewnie coraz żadziej. Chcemy dowodu. Indywidualnego świadectwa. A tu nic.
John Eldredge namawia swoich czytelników, żeby poszli dużo dalej. Proponuje, żeby zadać Bogu pytanie wprost : Panie Boże co o mnie myślisz?
Musimy być obdażeni łaską wiary, cokolwiek to znaczy. Musimy powtarzać to pytanie i cierpliwie czekać na odpowiedz. - Co o mnie myślisz Panie Boże?
Nie bedzie łatwo wsłuchać się we właściwa odpowiedz, bo Zły już czeka (albo nasze fałszywe ja) żeby podsuwać nieprawdziwe propozycje, które będą udawały głos Boga.
Trzeba pytać do skutku.Pamiętaj o celu! Uzdrowienie rany.
- Boże co o mnie myślisz?
Autor usłyszał sporo odpowiedzi, które były oskarżeniem i odbierały nadzieję. Odpowiedzi zadawały ciosy trudne do odparcia, bo najczęsciej pojawiały się treści negatywne, które kiedyś były prawdą, ale dzisiaj już nie, jednak ciągle dokuczają.
- Jesteś moim przyjacielem - te słowa, które przebiły się przez jazgot oskażeń, przyniosły ulgę. Eldredge ma świadomość pewnej arogancji, której towarzyszy zażenowanie. Pewnie powiesz przyjacielu, że to wewnętrzna reakcja na negatywne opinie, ten specjalny głos, hm...
Słowa życia, które leczą ranę autora, przynoszą spokój i głęboką wdzięczność.
Słowa Boga leczą rany najbliższych kolegów. Opisane w książce przypadki, nie są jakieś spektakularne, nie mają znamion cudu, nic nadzwyczajnego z pozoru. Czasem brzmią tak, że nie potrafimy w nie uwierzyć. Pamiętajmy ! Głos Ojca nigdy nas nie potępi.
Pytanie, które zadajemy Bogu, nie padnie w dniu naszego ziemskiego tryumfu, nie wtedy gdy jesteśmy na piedstale w światłach fleszy, o nie,nie wtedy. Kiedy czujemy się dobrze, realizujemy cel za celem, jesteśmy świetni, ba możemy nawet komuś pomóc. Powiedzieć jak ma życ.
To dobre. My możemy ratować innych, bo jesteśmy najlepsi, bo osiągneliśmy sukces.
Zgadzam się z autorem, że nie możemy ufać tym wszystkim, którzy nie cierpieli, którzy mają tylko swoją siłę. Ja również nie ufam tym, którzy nie zmagali się ze swoimi zranieniami. Nie potrzebuję frazesów, szukam raczej duchowej głębokiej prawdy, która dostepna jest dla tych, którzy przebyli swoja drogę.
Jeśli robimy to co mamy do zrobienia i zaciskając zęby staramy się przeżyć świat w jego najtwardszym i najgorszym wydaniu, nie dopuszczamy aby zrobiono nam krzywdę, zasłaniamy się stalową zbroją, która chroni zarówno przed utrata życia, jednocześnie nie otwiera się na przemianę. Ta droga nie przyniesie ulgi.
Musimy wkroczyć w ranę. Dotrzemy do miejsca najważniejszego, bo to co w nas najlepsze zostało zranione. Odnajdując prawdziwe ja jesteśmy zdolni wykorzystać nasze talenty, prawdziwe umiejętności, które do tej pory skutecznie zmuszało do katorżniczej pracy nasze fałszywe ja.
Wtedy staniemy się silni naprawdę. Wtedy będziemy gotowi.
Bo walka zaczyna sie dopiero teraz.
Czasami zadajemy pytania wcale nie licząc na odpowiedzi. Bo co w konkretnym momencie, w obliczu jakieś klęski, tragedii, śmierci, w obliczu życiowego przełomu, co zmienia pytanie:
- Czy istniejesz Boże, pewnie nie, skoro dopuszczasz do takiej sytuacji, przecież gdybyś był, to z pewnością byłoby inaczej - tak sobie czasami myślimy, chociaż pewnie coraz żadziej. Chcemy dowodu. Indywidualnego świadectwa. A tu nic.
John Eldredge namawia swoich czytelników, żeby poszli dużo dalej. Proponuje, żeby zadać Bogu pytanie wprost : Panie Boże co o mnie myślisz?
Musimy być obdażeni łaską wiary, cokolwiek to znaczy. Musimy powtarzać to pytanie i cierpliwie czekać na odpowiedz. - Co o mnie myślisz Panie Boże?
Nie bedzie łatwo wsłuchać się we właściwa odpowiedz, bo Zły już czeka (albo nasze fałszywe ja) żeby podsuwać nieprawdziwe propozycje, które będą udawały głos Boga.
Trzeba pytać do skutku.Pamiętaj o celu! Uzdrowienie rany.
- Boże co o mnie myślisz?
Autor usłyszał sporo odpowiedzi, które były oskarżeniem i odbierały nadzieję. Odpowiedzi zadawały ciosy trudne do odparcia, bo najczęsciej pojawiały się treści negatywne, które kiedyś były prawdą, ale dzisiaj już nie, jednak ciągle dokuczają.
- Jesteś moim przyjacielem - te słowa, które przebiły się przez jazgot oskażeń, przyniosły ulgę. Eldredge ma świadomość pewnej arogancji, której towarzyszy zażenowanie. Pewnie powiesz przyjacielu, że to wewnętrzna reakcja na negatywne opinie, ten specjalny głos, hm...
Słowa życia, które leczą ranę autora, przynoszą spokój i głęboką wdzięczność.
Słowa Boga leczą rany najbliższych kolegów. Opisane w książce przypadki, nie są jakieś spektakularne, nie mają znamion cudu, nic nadzwyczajnego z pozoru. Czasem brzmią tak, że nie potrafimy w nie uwierzyć. Pamiętajmy ! Głos Ojca nigdy nas nie potępi.
Pytanie, które zadajemy Bogu, nie padnie w dniu naszego ziemskiego tryumfu, nie wtedy gdy jesteśmy na piedstale w światłach fleszy, o nie,nie wtedy. Kiedy czujemy się dobrze, realizujemy cel za celem, jesteśmy świetni, ba możemy nawet komuś pomóc. Powiedzieć jak ma życ.
To dobre. My możemy ratować innych, bo jesteśmy najlepsi, bo osiągneliśmy sukces.
Zgadzam się z autorem, że nie możemy ufać tym wszystkim, którzy nie cierpieli, którzy mają tylko swoją siłę. Ja również nie ufam tym, którzy nie zmagali się ze swoimi zranieniami. Nie potrzebuję frazesów, szukam raczej duchowej głębokiej prawdy, która dostepna jest dla tych, którzy przebyli swoja drogę.
Jeśli robimy to co mamy do zrobienia i zaciskając zęby staramy się przeżyć świat w jego najtwardszym i najgorszym wydaniu, nie dopuszczamy aby zrobiono nam krzywdę, zasłaniamy się stalową zbroją, która chroni zarówno przed utrata życia, jednocześnie nie otwiera się na przemianę. Ta droga nie przyniesie ulgi.
Musimy wkroczyć w ranę. Dotrzemy do miejsca najważniejszego, bo to co w nas najlepsze zostało zranione. Odnajdując prawdziwe ja jesteśmy zdolni wykorzystać nasze talenty, prawdziwe umiejętności, które do tej pory skutecznie zmuszało do katorżniczej pracy nasze fałszywe ja.
Wtedy staniemy się silni naprawdę. Wtedy będziemy gotowi.
Bo walka zaczyna sie dopiero teraz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)