poniedziałek, 17 grudnia 2012

Bóg Uzdrawia Ranę.

Naszą, Twoją, moją ranę może uzdrowić tylko Bóg.

Dlatego, że On zna nasze prawdziwe ja, a my tak długo posługujemy się fałszywym obrazem samego siebie, że zagubiliśmy możliwość realnej oceny. Więc musimy prosić Boga, żeby uzdrowił ranę.
Musimy przyznać się, że niejesteśmy samowystarczalni, powinniśmy przyznać się, że jesteśmy od Boga zależni, dlatego trzeba wejść w swoją ranę razem z Nim, razem z Jezusem.

Ale co to tak naprawdę oznacza?

Otóż, oznacza to, że trzeba poprosić Jezusa, aby wyzwolił nas z kalekich myśli i uzdrowił serce.
Bardzo ważne jest, żeby uświadomić sobie, że to nie jest nasza wina, że to nie jest Twoja wina. Twoja rana to nie jest Twoja wina, więc jesli tego jeszcze nie zrobiliśmy, to musimy sobie wybaczyć. Tu i teraz. Może nie być lepszej okazji niż ta dzisiejsza, lepszy nastrój na wybaczenie może nieprzyjść.

Autor zachęca aby zapytać Boga, co o nas sądzi, co o nas myśli, co myśli o mnie. Wiem, że brzmi to cokolwiek dziwnie, dlaczego Bóg miałby odpowiadać na cokolwiek akurat mi, skoro mam tyle wątpliwości co do tego czy On w ogóle istnieje. Nawet słowo istnieje jest niewłaściwe.

Przecież
Bóg Po Prostu Jest


Załóżmy przez chwilę, że to co nas otacza to tylko rekwizyty, cały ten fikcyjny anturaż z marną choreografią przesłania co jest naprawdę ważne. Czyli co?

Przecież własnie to jest to życie, które znamy, chyba nie chcemy innego. Każda propozycja wydaje się fałszywa, a co jeśli właśnie żyjemy w tej fałszywej?

Prosząc Boga o słowo na nasz temat pewnie usłyszymy podszepty swojego fałszywego ja, które podszywa się pod Boży głos. Dlatego powinniśmy przyjąć pewne założenia:
- już nam wybaczono, Tobie wybaczono,
- nasze serce jest dobre, Twoje Serce Jest Dobre,
- głos Boga nas nie potępi,Bóg Cię nie potępi,

Patrząc z takiej perspektywy zadaj Bogu pytanie co tobie myśli? W końcu otrzymasz odpowiedz, nasza rana zostanie uzdrowiona i dokona sie przemiana.
Czytam to co napisałem jak prostą instrukcję obsługi i już słyszę znajomy głos, Litości człowieku! Przecież to nie może być takie proste! Poza tym po co Ci to? Znam ten ton:)

Nastepnym razem o tym, dlaczego trzeba najpierw samemu pragnąć pomocy, żeby później móc ratować innych.

piątek, 7 grudnia 2012

Przeczytaj do końca, albo wcale ! ! !

Dostałem wczoraj maila zatytułowanego - Przeczytaj do końca albo wcale.
Jak myślisz, co zrobiłem po takim tytule?
Warto :)

- Pozwólcie, że wyjaśnię wam problem jaki nauka ma z religią.

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym

studentami zadaje pytanie jednemu z nich:

- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?

- Tak, panie profesorze.

- Czyli wierzysz w Boga.

- Oczywiście.

- Czy Bóg jest dobry?

- Naturalnie, że jest dobry.

- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?

- Tak.

- A Ty - jesteś dobry czy zły?

- Wedlug Biblii jestem zły.

Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości - Ach tak, Biblia!

- A po chwili zastanowienia dodaje:

- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy, że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?

- Oczywiście, panie profesorze.

- Wiec jesteś dobry...!

- Myślę, że nie można tego tak ująć.

- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.

Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej - Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?

Student nadal milczy, wiec profesor dodaje

- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda? - aby dać studentowi chwile zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.

- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?

- No tak... jest dobry.

- A czy szatan jest dobry?

Bez chwili wahania student odpowiada - Nie.

- A od kogo pochodzi szatan?

Student aż drgnął:

- Od Boga.

- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?

- Istnieje panie profesorze ...

- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?

- Prawda.

- Wiec kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.

Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..

- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?

Student drżącym głosem odpowiada - Występują.

- A kto je stworzył?

W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie - Kto je stworzył? - wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.

- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby - Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?

Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:

- Tak panie profesorze, wierzę.

Starszy człowiek zwraca się do studenta:

- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?

- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.

- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?

- Nie panie profesorze.

- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?

- Nie panie profesorze. Niestety nie miałem takiego kontaktu.

- I nadal w Niego wierzysz?

- Tak.

- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi ze Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?

- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoja wiarę.

- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka

napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.

Student milczy przez chwile, po czym sam zadaje pytanie:

- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?

- Tak.

- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?

- Tak, synu, zimno również istnieje.

- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.

Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.

Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:

- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem.

Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła – nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energie lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.

W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kacie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.

- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?

- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?

- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?

Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.

- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?

- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego

rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.

Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:

- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?

- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie – wyjaśnia student - twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć - czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?

- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.

- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?

Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.

- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacja, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieja niż naukowcem?



W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.

- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim

poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali - Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?

Audytorium wybucha śmiechem.

- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?

W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma

szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:

- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.

- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło? Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi - Oczywiście że istnieje. Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.

Na to student odpowiada:

- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.

Profesor osunął się bezwładnie na krzesło...



Jeśli udało Wam się dotrwać do końca tego tekstu i wywołał on na Waszej twarzy uśmiech podczas czytania końcówki, dajcie go do przeczytania również swoim Przyjaciołom i Rodzinie.



PS.Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921."

niedziela, 2 grudnia 2012

Trzeba odejść od kobiety.

Odejść od kobiety, żeby uzdrowić swoją ranę, czyli drugi etap w naszej drodze.

Fakt odejścia od kobiety może budzić początkowy sprzeciw, co ciekawe nie tylko kobiety, ale także naszego fałszywego ja. Tak normalnie to sami nie będziemy chcieli tego zrobić, ale musimy.
Odarci z tego listka figowego jakim była nasza nieprawdziwa codzienna maska, próbujemy znaleźć trochę ulgi, otuchy i odpoczynku u tej, która jest najbliższa. Usiłujemy otrzymać potwierdzenie siebie, chcemy,żeby potwierdziła, że nie jest z nami tak źle, że pomimo wszystko jesteśmy najlepsi, Ona załatwi za nas wszystko czego potrzebujemy.

Fatalny news - nasza kobieta interweniuje w sprawie naszego bycia, lub nie bycia mężczyzną.

Przestańmy oczekiwać,że uzyskamy u Niej wszystkie odpowiedzi. Zdobywamy kobietę, ale po co? Żeby dać jej swoją siłę? Nie, zależy nam na konsumpcji, na spijaniu nektaru z jej ust, na akceptacji, że jesteśmy facetami. To nie jest w porządku wobec młodych kobiet, bo one się angażują, a my nie. Tu chodzi o coś głębszego.

W niektórych plemionach Afrykańskich, żeby chłopak mógł zalecać się do dziewczyny, musi najpierw upolować lwa, czyli musi przejść inicjację. Mężczyzna nie przychodzi do kobiety po siłę, on przchodzi do niej, żeby swoją siłę ofiarować.

Jednak okazuje się, że do kobiety przychodzimy po coś jeszcze.
John Eldredge twierdzi, że szukamy u niej: piękna, miłosierdzia, pociechy, ekstazy,że szukamy Boga.
W biblijnej scenie w Raju jest taki moment, w którym Ewa już ugryzła jabłko z drzewa mądrości,już zgrzeszyła - Adam jeszcze nie. To pewnie tylko krótka chwila, nie wiem czy wtedy Adam kalkuluje, ale jest tak mocno związany z Ewą, że postanawia odrzucić nakaz Boga i podążać za swoją bratnią duszą.
Mężczyźni szaleją na punkcie kobiet przykłady można mnożyć, w sztuce, literaturze wreszcie w życiu codziennym, ale czy przez to stają się mocniejsi? Obserwacje temu przeczą.
Podoba mi się zdanie- cytuję: Jeśli jednak pragniesz wody, to dlaczego jesteś nienasycony, skoro już się napiłeś? To nie ta studnia.
Powinniśmy spróbować wybrac Boga, musimy swój ból zanieść do Niego, tam zajdziemy uzdrowienie rany.

czwartek, 29 listopada 2012

Inicjacja mężczyzny.

Problem rany w męskim sercu polega na tym, że czasem nie wiemy o niej, ale czesto jednak wiemy i nie chcemy się do niej przyznać. Najgorsze jest to, że w miejscu jej powstania wytworzyło się nasze fałszywe ja.

Fałszywe Ja - czyli ktoś, kim nie jesteśmy. Perfidnie wykorzystuje nasze talenty i utwierdzamy się w tym jacy jesteśmy, mamy nawet pewność, że idziemy właściwą drogą.
Do czasu.

Inicjacja następuje w momencie, kiedy nagle stajemy w obliczu sytuacji kryzysowej, mówimy świat się wali, chyba z sobą skończę, czasem winimy za to Boga. A to właśnie On usiłuje nam pomóc. Zadaje nam drugą ranę w miejscu tej starej, w której teraz panoszy się nasze fałszywe ja.

Zdarza się często, w tej niebezpiecznej dla nas sytuacji, że słyszymy takie podpowiedzi: - Bóg jest tobą rozczarowany, jest na ciebie zły, albo - No widzisz i gdzie teraz jest twój Bóg? Prawdziwy wróg zawsze będzie nas kusił, żebyśmy odbudowali i naprawili swoje fałszywe ja. Musimy z niego dobrowolnie zrezygnować albo czekać na interwencję.
Na jak długo zrezygnować? Na tyle, żeby ranę wydobyć na powierzchnię.

Utrata maski, nieprawdziwej osobowości, do której tak mocno przywarliśmy jest bolesna i może być odczuwana jako strata najlepszego przyjaciela, ten wewnętrzny kataklizm jest dopiero pierwszym etapem w poszukiwaniu swojego prawdziwego serca.
Drugim etapem jest - Odejście Od Kobiety.

poniedziałek, 26 listopada 2012



Kiedy patrzę na to zdjęcie, przypominam sobie o wędrującej lalce z soli, która przeszła tysiące kilometrów i dotarła do morza. Kiedy zobaczyła wielką ruszającą się masę, która była całkiem inna od wszystkiego co dotąd widziała, zafascynowała się tym widokiem.
Zapytała z ciekawością - Kim jesteś?
Morze odpowiedziało - Wejdź i zobacz.

Lalka weszła, a im bardziej brnęła w głąb tym bardziej rozpuszczała się.
Z ostatnim tchnieniem zawołała - Teraz wiem kim jestem.

Obraz nic nie sugeruje, nie budzi żadnych konkretnych wspomnień, wskazówek, ukrytych treści, bez drugiego dna, nic nie wyczytam pomiędzy wierszami.
Zatrzymał tylko esencję jakieś chwili, jakiegoś tu i teraz, w które chciałbym przeniknąć.


niedziela, 25 listopada 2012

Skąd bierze się męskość?

Strasznie mnie wzięło na Johna Eldredge'a.
W poprzednim poście ot tak, troche od niechcenia, zaznaczyłem fakt przeczytania książki pt. Dzikie serce.Tęsknoty męskiej duszy.
Po pierwszym przeczytaniu tzw. jednym tchem, zapewniłem siebie, że drugi raz przeczytam już ze zrozumieniem i tak, żeby coś zostało.

Dzisiaj o ranie w sercu i o męskości, skąd się bierze?
Rana zadana synowi jest zawsze przez ojca. To niewidoczne skaleczenie, o którym często zapominamy, determinuje nasze życie w przyszłości. Dodam, że rana jest zawsze w samym środku naszego serca, w samym jego centrum.
Co ciekawe, każdy facet ma taką ranę. Ja też.

Jak rana zostaje zadana?
Czasem zwykłym słowem, a czasem brakiem słów.
Jeśli nie masz w okresie szeroko rozumianego dojrzewania dobrego kontaktu ze swoim ojcem, albo, twój ojciec jest pracocholikiem, alkoholikiem lub wycofanym i zamkniętym w sobie biernym domownikiem to słowo może być tym raniącym narzędziem.

Przykład: ojciec ma ambicję, żeby syn został sportowcem,a on właśnie świetnie sprawdza sie w grze na pianinie, przy jednej ze sprzeczek usłyszy, że jest cienkim facetem klepiącym po klawiszach, zamiast być dominatorem, staje się zwykłą ciotą( przykład z ksiązki).

Kiedy brak rozmowy, a w głowie młodego chłopaka pojawiają się pytania - Czy jestem mężczyzną tato? bierność ojca narzuca odpowiedzi - Nie wiem, sam musisz się przekonać, ale chyba jeszcze nie, no ...

Jakie są skutki zranienia?
Przede wszystkim budowanie fałszywego ja, to znaczy, tworzenie z siebie osoby jaką się nie jest. Jeżeli nie mamy zdrowego wzorca, w tym przypadku ojca, z którym łączą nas silne więzy, produkujemy jakąś kukłę. Wpadamy w towarzystwo, gdzie imponują nam koledzy, stajemy się agresywni, idziemy tzw.własną drogą, bo jaka mamy iść, nie znamy innej.
Stajemy się perfekcjonistami, wymagającymi od siebie efektów, gotowi jesteśmy przeć do przodu po trupach w poczucie absolutnej niezależności i samowystarczalności. Jako małżonkowie zawsze mamy rację, ranimy tym samym kochaną, jak nam się wydaje osobę, ranimy dzieci i sytuacja - jak wirus, jak rak - rozwija się na żywej tkance następnego pokolenia.
Albo chcąc sprzeciwić się zachowaniu swojego ojca programujemy swoje życie, w którym jesteśmy mili i uczynni, troskliwi, mówiący przyciszonym głosem, ale że jest to tylko pozerstwo, zaczynamy nienawidzić siebie, za to że staliśmy sie popychadłem, brak nam asertywności.

To jak powinien zachować się ojciec, żeby nie zranić syna, jak wzbudzić i utwierdzić go w poczuciu męskości, w taki sposób, aby z chłopca powstał mężczyzna.
O męskiej inicjacji nastepnym razem.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy.

Przeczytałem ostatnio świetną książkę autorstwa Johna Eldredge'a pt. Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy.

Problemem wielu facetów wg. autora jest rana w sercu. Często nie zdajemy sobie sprawy, kiedy ona została zadana. Skutki są odczuwalne przez całe nasze życie, jeśli nie dotrzemy do korzenia problemu.
Reagujemy najczęściej na dwa sposoby, albo jesteśmy gwałtownikami, przemy na przód, albo jesteśmy wycofani i zamykamy się w sobie.
Jasne, że czasem jest mix tych dwóch postaw.

Co zatem zrobić żeby uzdrowić ranę?
Trzeba w nią wejść i odkryć swoją prawdziwą chwałę.
Chwała jest potrzebna, żeby walczyć z wrogiem, musimy stoczyć z nim bitwę i nie dać się zastraszyć. Potem uratować Piękną i Przeżyć Przygodę.

To tak w telegraficznym skrócie, pozostał jeszcze jeden z wielu cytatów, dedykuję go mojemu synowi, może kiedyś przeczyta:)

Miejsce, do którego powołuje Cię Bóg, jest tam, gdzie spotyka się twoja największa radość i największy głód całego świata - Frederick Buechner.

piątek, 9 listopada 2012

Moja Toskania

Na początku informuję i donoszę, że we Włoszech nigdy nie byłem.

Nie oglądałem filmu pt. " Pod słońcem Toskanii" z Diane Lane, to nadrobię:)
Dopiero dzisiaj dowiedziałem się, że stolicą Toskanii jest Florencja.
Przez myśl by mi nie przeszło, że Toskania była kiedyś częścią Francji.

Ale kiedy zobaczyłem w nadbałtyckim Sarbinowie poniższy horyzont od razu wiedziałem, że to jest Toskania, nie potrafię tego wytłumaczyć i niech tak zostanie.












czwartek, 8 listopada 2012

Słodycze na zielono

Od momentu, w którym ograniczyliśmy Adasiowi słodycze, młody dzieli dni na te ze słodyczami i bez słodyczy. Co ciekawe, wszystkie dni są dla niego ważne, bo wtedy kiedy nie je nic słodkiego - nie może sie doczekać, kiedy będzie mógł zjeść batonik, albo czekoladę, a kiedy już jest ten słodziakowy dzień to prawdziwe święto.

Dni słodziakowe w kalendarzu zaznaczone są na zielono.

Niby nic, a daje poważnie do myślenia.

poniedziałek, 22 października 2012

Nie chcę w domu żadnego psa.

Tak reagowałem zwykle na prośby dzieciaków o zwierzaka.
- Tato dlaczego nie? Przecież ty miałeś...
- Fakt, miałem i wiem jak to jest, nie chcę w domu żadnego psa! - kończyłem rozmowę.

Pewnego razu, nie wiem która to już była dyskusja na ten temat, postanowiłem dać Alicji szansę i stwierdziłem, że owszem zgodzę się wtedy, kiedy będzie wstawała codziennie rano, powiedzmy, bez przerwy przez miesiąc i przed pójściem do szkoły będzie wychodziła z wirtualnym psem na spacer, bez względu na pogodę. Zgodziła się.

Początkowo wychodziła z pluszakiem, jednak po kliku dniach oznajmiła, że ludzie idący rano do pracy dziwnie się na nią patrzą, więc zrezygnowała z pluszowego psa.
Z codziennego rannego wstawania jednak nie zrezygnowała. Zacząłem się trochę niepokoić, choć minął dopiero tydzień. Potem drugi i trzeci i na moje nieszczęście, czwarty. Zupełnie nas zaskoczyła.

Słowo się rzekło, warunek został spełniony, teraz ja powinienem wywiązać się z obietnicy.

Pod koniec sierpnia pojechaliśmy do schroniska dla zwierząt i zaadoptowaliśmy 4 miesięcznego szczeniaka.
Sikanie na dywan, kupy, przygotowanie jedzenia, weterynarz, świerzb, zapalenie gardła i takie tam sprawy pojawiły się na tapecie przez ostatnie dwa miesiące i uatrakcyjniły nasze i tak dość barwne bytowanie.

Akceptuję Dropsa, tak go nazwaliśmy, może nawet więcej niż akceptuję, ok nawet go lubię, bardziej jednak cieszy mnie konsekwencja Alicji, która swoim działaniem osiągnęła cel, to bezcenne doświaczenie, jestem z niej bardzo dumny.






niedziela, 8 kwietnia 2012

Możesz i tysiąc razy to słyszeć i nic.

Usłyszałem, że mogę i do końca życia brać udział w uroczystościach Wielkiego Czwartku i aktywnie uczestniczyć w Świętach Wielkanocnych i nic z tego nie zrozumieć, dopóki nie zacznę w praktyce stosować tego co w tych, szczególnych dniach się dzieje.
A co takiego się dzieje?
Jezus Zmartwychwstał.
Jak taki fakt przekazać swoim dzieciakom, jak żyć ze świadmością, że powienienem opowiedzieć o tajemnicy, której do końca sam nie rozumiem.
Jak o Zmartwychwstaniu zaświadczyć, dzisiaj, kiedy w tamtych odległych czasach uczniowie, którzy nawet widzieli Jezusa po śmierci nie poznawali go.
Jak rozpozanć Jezusa i przedstawić Jego sprawę dorastającej 14 letniej córce, która przeżywa czas dla siebie niezrozumiały, drugiej jedenastolatce i prawie 4 letniemu synkowi?

Biję się z takimi myślami i dochodzę do wniosku, że chyba nie muszę im nic mówić.
Muszę je tylko kochać, codziennie, niby proste, ale wiem, że w praktyce niezwykle trudne.

Wtedy poświadczę, że Prawdziwie Zmartwychwstał.

niedziela, 25 marca 2012

Zdjęcie.

Wczoraj pojechałem z Pierwszym na rowerową wycieczkę.
Pożyczyłem rower od żony, taki ze specjalnym fotelikiem.
Dobrze się złożyło, bo i Alcia wypróbowała swój nowy-stary rower, więc w trójeczkę zadebiutowaliśmy na jednośladach.
Pogoda doskonała, odrzańskie wały stworzone wręcz do aktywnego wypoczynku i towarzystwo najlepsze z możliwych. Ciekawe, że to samo towarzystwo w domowych pieleszach często jest najgorszym z możliwych :)
Odwiedziliśmy dwa place zabaw, które dla Pierwszego były atrakcyjnym urozmaiceniem, na codzień bowiem skazani jesteśmy na Wzgórze Słowiańskie, choć trzeba sprostować - Pierwszy nie narzeka, więc ta odmiana korzystna była tak w ogóle.
Kiedy oglądałem jego zabawę na różnych drabinkach i karuzelach byłem szczęśliwy i jednocześnie poczułem żal, że nie mogę tego uwiecznić na zdjęciach.
Po chwili dotarło do mnnie, że to w sumie dobrze, że nie mam aparatu ani kamery. Pewnie wtedy skupiałbym się na ujęciach, właściwym świetle, korygowałbym ustawienia, czyli faktycznie uciekłaby cała spontaniczna radość, taka pierwotna, nad którą nie zastanawiamy się skąd przychodzi i jak długo trwa. Cieszymy się chwilą i puszczamy ją wolno, bez egoizmu.
Ok. rejestrując obrazy możemy podzielić się nimi później, ba, możemy do nich wracać z sentymentem i starać się przypomnieć jak wtedy było dobrze.
Jednak to nie to samo, myślę, że lepiej zaplanować kolejną wspólną wycieczkę i zabrać na nią tych najbliższych, z którymi chcemy współodczuwać niezaplanowane emocje i nie nazywać ich, nie powstrzymywać, po prostu być.

poniedziałek, 19 marca 2012

Nowa marka samochodu.

Pierwszy od dłuższego czasu, jak to chłopak, interesuje się samochodami.
Tak na poważnie.
Potrafi rozpoznać markę samochodu po charakterystycznym znaczku na masce, albo na tylniej klapie.
Wie jak wyglada fiat, chociaż często mówi, że to kwiat.
Mercedes - powtarza po mamusi - to bardzo drogi samochód.
Toyotę i Opla wskaże z powodzeniem na każdym parkingu.

Całkiem niedawno usłyszałem, że jest też FOLD LYBA.
Jest to, ni mniej ni więcej, suma dwóch znaków z dwóch światów wydawałoby się nie do pogodzenia.
Zbitkę tworzą znaczek forda i coraz częściej spotykany graficzny znak ryby(rozumiem, że chodzi o deklaracje przynależności do chrześcijaństwa).
Fajne jest to, że maluchy nie komplikują sobie życia i układają je tak jak widzą, bez podtekstów, poszukiwania drugiego dna, czytania między wierszami.
Prostolinijnie.
Chciałbym, żeby w taki sposób patrzył możliwie jak najdłużej.

Z drugiej strony, już komplikując i wnikając, zastanawiam się czy właściciel Folda Lyby postępuje na drodze zgodnie z zasadami jakie wynikają z naklejonego znaczka, bo przecież - noblesse oblige.

piątek, 2 marca 2012

Kim jestem?

Przeczytałem ostatnio historyjkę o kulawym lisie, który nie mógł już polować i przynoszącym mu jedzenie tygrysie, który bezinteresownie opiekował się nim. Obserwujący tę niecodzienną relację człowiek pomyślał, że choć jest pełnosprawny to jednak skorzysta z przykładu lisa i będzie w swoim życiu czekał na pomocną dłoń innych. Na pewno znajdą się dobrzy, serdeczni ludzie, którzy zajmą się nim, nakarmią, zbudują słowem. I kiedy tak czekał i marzł na dworze, cały przemoczony i co by nie mówić, powoli tracący nadzieję, usłyszał głos : Wstawaj, jesteś przecież tygrysem.

środa, 18 stycznia 2012

Świadectwo

Dzięki uprzejmości www.DuszpasterstwoTalent.pl zapoznałem się z historią Pana Romana Kluski, człowieka,który dokonywał zmian i tak też chcę na niego patrzeć, przez pryzmat jego zachowań i reakcji na jakże dynamicznie zmnieniające się okoliczności.

piątek, 6 stycznia 2012

Nowa droga

Dzisiaj święto Trzech Króli, czyli Objawienia Pańskiego. Zupełnie niedawno dowiedziałem się, że ma dłuższą tradycję nawet od Bożego Narodzenia.
To czas, w którym narodzony Jezus objawił się światu, całemu, także temu pogańskiemu, jakkolwiek go zdefiniujemy, całemu.
Obecne badania rzucają nowe światło na tamte niezwykłe wydarzenia.
Okazuje się, że Chrystus narodził się 5 lat przed swoim narodzeniem( za winnego uznaje się mnicha Dionizjusza, który pomylił się w obliczeniach), że trzej królowie to najprawdopodobniej perscy kapłani, astrologowie, zresztą mogłobyć ich czterech, a nawet dwunastu, poza tym Gwiazda Betlejemska to nie kometa, meteoryt, supernowa, czy jak sugerowali rosyjscy naukowcy - wyraźnie widoczna w tym czasie Wenus.
Wtedy na niebie pojwiła się tzw. nowa , dzieje się tak wtedy, gdy na powierzchni starej gwiazdy niewidocznej z Ziemi, dochodzi do eksplozji termojądrowej, wówczas rozbłyska takim światłem, że obserwować ją można na nieboskłonie nawet kilka tygodni. Wtedy w 5 r.przed Chrystusem doszło do takiego zjawiska, które trwało 2,5 m-ca i zostało odnotowane przez chińskich astrologów, do dziś uznawanych za wiarygodnych przez światowej sławy astronomów. Chińczycy wykonali kawał dobrej roboty :)

Pozostało we mnie zakończenie dzisiejszej Ewangelii, że królowie po złożeniu pokłonu i darów Jezusowi, wrócili do swojej ojczyzny inną drogą.
Dotąd myślałem, że po to, żeby nie udzielać informacji Herodowi.
Pewnie też.
Jednak wydaje się, że po spotkaniu z Chrystusem, każdy już idzie inną drogą.