poniedziałek, 22 października 2012

Nie chcę w domu żadnego psa.

Tak reagowałem zwykle na prośby dzieciaków o zwierzaka.
- Tato dlaczego nie? Przecież ty miałeś...
- Fakt, miałem i wiem jak to jest, nie chcę w domu żadnego psa! - kończyłem rozmowę.

Pewnego razu, nie wiem która to już była dyskusja na ten temat, postanowiłem dać Alicji szansę i stwierdziłem, że owszem zgodzę się wtedy, kiedy będzie wstawała codziennie rano, powiedzmy, bez przerwy przez miesiąc i przed pójściem do szkoły będzie wychodziła z wirtualnym psem na spacer, bez względu na pogodę. Zgodziła się.

Początkowo wychodziła z pluszakiem, jednak po kliku dniach oznajmiła, że ludzie idący rano do pracy dziwnie się na nią patrzą, więc zrezygnowała z pluszowego psa.
Z codziennego rannego wstawania jednak nie zrezygnowała. Zacząłem się trochę niepokoić, choć minął dopiero tydzień. Potem drugi i trzeci i na moje nieszczęście, czwarty. Zupełnie nas zaskoczyła.

Słowo się rzekło, warunek został spełniony, teraz ja powinienem wywiązać się z obietnicy.

Pod koniec sierpnia pojechaliśmy do schroniska dla zwierząt i zaadoptowaliśmy 4 miesięcznego szczeniaka.
Sikanie na dywan, kupy, przygotowanie jedzenia, weterynarz, świerzb, zapalenie gardła i takie tam sprawy pojawiły się na tapecie przez ostatnie dwa miesiące i uatrakcyjniły nasze i tak dość barwne bytowanie.

Akceptuję Dropsa, tak go nazwaliśmy, może nawet więcej niż akceptuję, ok nawet go lubię, bardziej jednak cieszy mnie konsekwencja Alicji, która swoim działaniem osiągnęła cel, to bezcenne doświaczenie, jestem z niej bardzo dumny.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz