Adam znaczy Pierwszy
O wszystkim, co w tym momencie jest dla mnie ważne i co chciałbym powiedzieć swoim dzieciom, a czego nie mówię, dlatego że ...
piątek, 16 lutego 2018
Budapeszt - wspomnienie.
Lutowe popołudnie we Wrocławiu, przywołało zupełnie niechcący wspomnienia z długiego, ubiegłorocznego majowego weekendu.
A w związku z tym, że nic nie dzieje się przypadkowo, to jestem przekonany, że będzie to przyczynek do opowiedzenia o miejscach, w których bywamy razem.
Podróżowanie i zwiedzanie nowych miejsc tych najbliższych i tych dalszych smakuje najlepiej, kiedy możemy dzielić się przeżywanymi emocjami.
Pamiętasz Budapeszt w maju 2017?
Budapeszt, stolica Węgier, miasto, które przyciągało mnie tak mocno, że musiałem je zobaczyć i namówiłem Was na tę wycieczkę. Opinie, które słyszałem, były w większości pozytywne, choć dotyczyły zwykle odległej przeszłości.
Dostaliśmy się nad modry Dunaj trasą przez Ostrawę, Brno, Bratysławę i Gyor. Łącznie ponad 720 kilometrów, czas przejazdu wg nawigacji 7 godzin, ale fakty były takie, że podzieliliśmy ten odcinek na dwie raty, odwiedzając przy okazji Brno – stolicę Moraw, w którym rezerwowaliśmy wcześniej nocleg.
Budapeszt okazał się miastem kontrastów, mieliśmy tę przyjemność, że mieszkaliśmy na jego obrzeżach, w klimatycznym LeRose Hotel i przez 3 dni korzystaliśmy z transportu miejskiego, co pozwoliło przyjrzeć się jak funkcjonuje ten skomplikowany administracyjny organizm. Okazało się, że jest całkiem dobrze skomunikowany, płynne przejazdy odbywały się dzięki m in. rodzinnemu biletowi, który obsługiwał metro, autobus i tramwaj.
Pierwszy dzień zaplanowaliśmy na zwiedzanie historycznej Budy, czyli obowiązkowo Baszta Rybacka, Kościół Macieja i Zamek Królewski, miejsc, które dominują nad Pesztem, potem włóczyliśmy się po bulwarach nad Dunajem. Drugi dzień to wyprawa ulicą Andrassy Ut. do Lasku Miejskiego, w którym zjedliśmy langosza, no dobra tylko Magda zjadła ,powrót do centrum żółtą historyczną linią metra i potem Cytadela, widok z tego wzgórza robi wrażenie. Dzień trzeci to wycieczka statkiem po Dunaju, wycieczka na wyspę Św. Małgorzaty i Budapeszt Eye, przytłoczyła nas Bazylika Św. Stefana i Wielka Synagoga, którym przyglądaliśmy się tylko z zewnątrz.
Miasto kontrastów, bo obok historycznych perełek, sporo budynków ze ścisłego centrum nadaje się do remontu, a na ulicach dochodzących do głównych placów, jest po prostu brudno. Budapeszt to w ogóle miasto placów, bez typowego rynku, wokół którego koncentruje się życie. Dojazd do ścisłego centrum zajmował nam ok. 40 minut, po drodze mijaliśmy robotnicze dzielnice z opustoszałymi fabrykami, we wszystkich odcieniach szarości, jednak ludzie, których spotkaliśmy zawsze życzliwi i chcący pomóc, dogadywaliśmy się po angielsku.
Powrót do Wrocławia dla odmiany zrobiliśmy „duszkiem”, choć miałem pokusy, żeby zahaczyć o Ołomuniec. Okazało się, że powroty do domu, mogą być równie atrakcyjne, jak wypady w nieznane. Dochodzę do wniosku, że lubię wracać, cieszę się już na sama myśl, szczególnie w ostatnich latach, dociera to do mnie z pełna mocą.
Wracając do Budapesztu, przychodzi mi do głowy wiele skojarzeń, określeń, jedno wybrzmiewa szczególnie mocno – monumentalny. Miasto ma charakter, wydaje się soczyste, choć pełne skrajności. Pewnie brakuje nowoczesnego sznytu ze stali i szkła, drapaczy chmur charakterystycznych dla europejskich aglomeracji.
Największe wrażenie robią spektakularne historyczne akcenty – wizytówki miasta, m in. Budynek Parlamentu, w którym umieszczony jest skarb narodowy – Korona Św. Stefana, którą wraz z innymi insygniami można oglądać w Sali pod kopułą Paramentu Węgier.
Nie widzieliśmy jej podczas naszej wycieczki, to dobrze, bo jest to jeden z powodów, dla których wrócimy tam jeszcze raz.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Mam wreszcie cel: dokopać się.
Ewangelia Św. Łukasza 6, 43-49 przedstawia znane od dawna słowa Jezusa dotyczące budowania domu. Dobrze wiemy, że budowla, która jest postawiona na piasku ulegnie zniszczeniu kiedy przyjdzie kataklizm, natomiast budynek z solidnym fundamentem przetrzyma każda nawałnicę.
Jezus daje dwie wskazówki jak to zrobić po pierwsze trzeba wkopać się głęboko, a potem fundament położyć na skale, do której się dokopałem. Dopiero wtedy możemy czuć się bezpiecznie. Taka konstrukcja oznacza, że przychodzimy do Pana, słuchamy jego słów i jednocześnie wypełniamy je zgodnie z Jego wolą. Prosta instrukcja i wydaje się możliwa do wykonania. A co wtedy kiedy nie mogę dokopać się do skały? Albo jeśli w trakcie kopania naruszam istniejące w najbliższej okolicy konstrukcje.
Po drugiej stronie ulicy, na której mieszkam inwestor wykupił działkę i postanowił postawić nowy budynek mieszkalny. Prace oczywiście rozpoczęto od przygotowania wykopów pod fundamenty. Żeby zabezpieczyć ściany wykopu przed ewentualnym osuwanie się zaczęto wbijać z ziemię stalowe profile typu Larsen. Wibracje, które powstawały przy tej okazji spowodowały, że na elewacji starej kamienicy, znajdującej się tuż obok, pojawiły się widoczne pęknięcia.
Obecnie prace zostały wstrzymane. Nie wiem na jak długo, być może potrzebne są dodatkowe ekspertyzy, pozwolenia, a może ryzyko budowy nowego domu jest zbyt duże, bo naraża na niebezpieczeństwo ludzi mieszkających w sąsiadującym budynku. Przykład wstrzymanej budowy oddaje mój obecny, wewnętrzny stan, zwłaszcza kiedy staję w obliczu słów Jezusa z wspominanej Ewangelii. Okazuje się, że kiedy zaczynam kopać fundament, szukając skały na której powinienem się oprzeć, czuję obawę i szukam odpowiedzi na pytanie: A co będzie z tym wszystkim co zbudowałem do tej pory? Czy przypadkiem nie ulegnie zniszczeniu? Poza tym jak będą się czuć ludzie, którzy są obok mnie, ludzie za których czuję się przecież odpowiedzialny.
Przypowieść o solidnych fundamentach jest zwieńczeniem Kazania na Górze, które zawsze było olbrzymim wyzwaniem dla słuchacza, nie inaczej jest w dzisiejszych czasach. Dzisiejsze codzienne lęki i obawy przed przyszłością związane ze zmieniająca się wokół nas sytuacją wydają się być uzasadnione. Potęgujące się zapotrzebowanie na kontrolowaną, komfortową, bezpieczną przyszłość i święty spokój powoduje, że rozleniwiam się i przestaję kopać.
Czy zamiary Boga są dla nas logiczne i zrozumiałe? Ciekawy jestem swojej reakcji gdyby Bóg konsultował ze mną swój pomysł, dotyczący mordercy uczniów Chrystusa, dotyczący Pawła, jako narzędzia do tworzenia Kościoła Jezusowego. Co powiedziałbym Bogu, gdybym usłyszał, że najlepszym kandydatem na pierwszego papieża jest zdrajca Piotr.
Wstrzymane prace budowlane rozpoczęto po przerwie i powoli posuwają się naprzód, rozumiem, że ludziom mieszkającym w sąsiedniej, przylegającej kamienicy nic nie zagraża. I ja po chwili lenistwa biorę się do roboty...
Jezus daje dwie wskazówki jak to zrobić po pierwsze trzeba wkopać się głęboko, a potem fundament położyć na skale, do której się dokopałem. Dopiero wtedy możemy czuć się bezpiecznie. Taka konstrukcja oznacza, że przychodzimy do Pana, słuchamy jego słów i jednocześnie wypełniamy je zgodnie z Jego wolą. Prosta instrukcja i wydaje się możliwa do wykonania. A co wtedy kiedy nie mogę dokopać się do skały? Albo jeśli w trakcie kopania naruszam istniejące w najbliższej okolicy konstrukcje.
Po drugiej stronie ulicy, na której mieszkam inwestor wykupił działkę i postanowił postawić nowy budynek mieszkalny. Prace oczywiście rozpoczęto od przygotowania wykopów pod fundamenty. Żeby zabezpieczyć ściany wykopu przed ewentualnym osuwanie się zaczęto wbijać z ziemię stalowe profile typu Larsen. Wibracje, które powstawały przy tej okazji spowodowały, że na elewacji starej kamienicy, znajdującej się tuż obok, pojawiły się widoczne pęknięcia.
Obecnie prace zostały wstrzymane. Nie wiem na jak długo, być może potrzebne są dodatkowe ekspertyzy, pozwolenia, a może ryzyko budowy nowego domu jest zbyt duże, bo naraża na niebezpieczeństwo ludzi mieszkających w sąsiadującym budynku. Przykład wstrzymanej budowy oddaje mój obecny, wewnętrzny stan, zwłaszcza kiedy staję w obliczu słów Jezusa z wspominanej Ewangelii. Okazuje się, że kiedy zaczynam kopać fundament, szukając skały na której powinienem się oprzeć, czuję obawę i szukam odpowiedzi na pytanie: A co będzie z tym wszystkim co zbudowałem do tej pory? Czy przypadkiem nie ulegnie zniszczeniu? Poza tym jak będą się czuć ludzie, którzy są obok mnie, ludzie za których czuję się przecież odpowiedzialny.
Przypowieść o solidnych fundamentach jest zwieńczeniem Kazania na Górze, które zawsze było olbrzymim wyzwaniem dla słuchacza, nie inaczej jest w dzisiejszych czasach. Dzisiejsze codzienne lęki i obawy przed przyszłością związane ze zmieniająca się wokół nas sytuacją wydają się być uzasadnione. Potęgujące się zapotrzebowanie na kontrolowaną, komfortową, bezpieczną przyszłość i święty spokój powoduje, że rozleniwiam się i przestaję kopać.
Czy zamiary Boga są dla nas logiczne i zrozumiałe? Ciekawy jestem swojej reakcji gdyby Bóg konsultował ze mną swój pomysł, dotyczący mordercy uczniów Chrystusa, dotyczący Pawła, jako narzędzia do tworzenia Kościoła Jezusowego. Co powiedziałbym Bogu, gdybym usłyszał, że najlepszym kandydatem na pierwszego papieża jest zdrajca Piotr.
Wstrzymane prace budowlane rozpoczęto po przerwie i powoli posuwają się naprzód, rozumiem, że ludziom mieszkającym w sąsiedniej, przylegającej kamienicy nic nie zagraża. I ja po chwili lenistwa biorę się do roboty...
niedziela, 27 września 2015
Pustka i krok dalej.
Na kilka spraw dobrze znanych ze słyszenia ostatnio spojrzałem inaczej, posłuchałem komentarzy i niektóre drzwi się nieco uchyliły.
Pustka, nad którą się ciągle zastanawiam i którą zaakceptowałem, jest zaproszeniem do wzrostu. To tak jakbym usłyszał pytanie:Nic się nie dzieje? To już pora na następny krok. Wydaje się, że pustki wewnętrznej nie wypełnią mi inni ludzie, będąc na szlaku, w podróży, na ścieżce modlitwy staram się ogrzać przy ogniskach, które rozpalają ci, którym jest zimno. Siedzi we mnie ten obraz wystraszonego Piotra ogrzewającego się w krużgankach siedziby Arcykapłana. Strach i w konsekwencji zdrada. Może zbawienna dla niego, bo bez niej nie mógłby odebrać przebaczenia i łaski.
Dlaczego szukam Jezusa?
Bo zaspokaja moje potrzeby, daje chleb. Syn marnotrawny wrócił do ojca, nie dlatego, że zrozumiał swój błąd i jakoś specjalnie żałował tego co zrobi, wrócił bo był po prostu głodny.
Kiedy jestem nasycony to szukam z mniejszym zapałem, bez entuzjazmu, bez bezczelności, nie stać mnie żeby pójść po bandzie.
Jezus ciągle umyka, nie pozwala się zaszufladkować. Wyczekuję czasu, w którym bycie z Nim, nie będzie dla mnie pretekstem do załatwienia ważnych spraw, będzie przyjacielskim przebywaniem, które jest wartością i radością samą w sobie.
Bóg oczekuje wiary, która zaskoczy go bezczelnością.
Więc modlić się tak jakby to co wypowiadamy w modlitwie już się wydarzyło, już się stało, modlić się z taką wiarą, że im większa pustka, tym bardziej nie odpuszczam. Im większe (moim zdaniem) zobojętnienie ze strony Boga, tym większe moje zaangażowanie. Na moje odczucie wewnętrznej pustki modlitwa z jeszcze większą pewnością. I cierpliwość, i pokorne czekanie, właśnie z taką wiarą jaką mam.
Ciągłe natrętne pukanie do drzwi i czekanie na to, że w końcu otworzy. Upierdliwe, namolne, bezczelne, bez względu na porę. Taka strategia, bez finezji, pozbawiona absolutnie dobrego wychowania.
I jeszcze jedna myśl, zasłyszana, rzuca trochę światła...
Chrystus na krzyżu płaci swoją śmiercią okup, zbawia nas, to jasne, ale pytanie komu płaci?
Przecież nie swojemu Ojcu, nie naszemu Ojcu.
Płaci nam.
Płaci każdemu grzesznikowi, żeby przestał być niewolnikiem grzechu. Tak jak uzależnionemu narkomanowi płaci się za to, żeby poszedł na odwyk, motywuje się go do podjęcia leczenia, tak Chrystus swoją śmiercią płaci każdemu z nas za nasze ocalenie. Tylko czy chcemy przyjąć tę zachęcającą premię i czy ona nas zmotywuje do tego żeby przestać być niewolnikiem.
Pustka, nad którą się ciągle zastanawiam i którą zaakceptowałem, jest zaproszeniem do wzrostu. To tak jakbym usłyszał pytanie:Nic się nie dzieje? To już pora na następny krok. Wydaje się, że pustki wewnętrznej nie wypełnią mi inni ludzie, będąc na szlaku, w podróży, na ścieżce modlitwy staram się ogrzać przy ogniskach, które rozpalają ci, którym jest zimno. Siedzi we mnie ten obraz wystraszonego Piotra ogrzewającego się w krużgankach siedziby Arcykapłana. Strach i w konsekwencji zdrada. Może zbawienna dla niego, bo bez niej nie mógłby odebrać przebaczenia i łaski.
Dlaczego szukam Jezusa?
Bo zaspokaja moje potrzeby, daje chleb. Syn marnotrawny wrócił do ojca, nie dlatego, że zrozumiał swój błąd i jakoś specjalnie żałował tego co zrobi, wrócił bo był po prostu głodny.
Kiedy jestem nasycony to szukam z mniejszym zapałem, bez entuzjazmu, bez bezczelności, nie stać mnie żeby pójść po bandzie.
Jezus ciągle umyka, nie pozwala się zaszufladkować. Wyczekuję czasu, w którym bycie z Nim, nie będzie dla mnie pretekstem do załatwienia ważnych spraw, będzie przyjacielskim przebywaniem, które jest wartością i radością samą w sobie.
Bóg oczekuje wiary, która zaskoczy go bezczelnością.
Więc modlić się tak jakby to co wypowiadamy w modlitwie już się wydarzyło, już się stało, modlić się z taką wiarą, że im większa pustka, tym bardziej nie odpuszczam. Im większe (moim zdaniem) zobojętnienie ze strony Boga, tym większe moje zaangażowanie. Na moje odczucie wewnętrznej pustki modlitwa z jeszcze większą pewnością. I cierpliwość, i pokorne czekanie, właśnie z taką wiarą jaką mam.
Ciągłe natrętne pukanie do drzwi i czekanie na to, że w końcu otworzy. Upierdliwe, namolne, bezczelne, bez względu na porę. Taka strategia, bez finezji, pozbawiona absolutnie dobrego wychowania.
I jeszcze jedna myśl, zasłyszana, rzuca trochę światła...
Chrystus na krzyżu płaci swoją śmiercią okup, zbawia nas, to jasne, ale pytanie komu płaci?
Przecież nie swojemu Ojcu, nie naszemu Ojcu.
Płaci nam.
Płaci każdemu grzesznikowi, żeby przestał być niewolnikiem grzechu. Tak jak uzależnionemu narkomanowi płaci się za to, żeby poszedł na odwyk, motywuje się go do podjęcia leczenia, tak Chrystus swoją śmiercią płaci każdemu z nas za nasze ocalenie. Tylko czy chcemy przyjąć tę zachęcającą premię i czy ona nas zmotywuje do tego żeby przestać być niewolnikiem.
sobota, 25 kwietnia 2015
Płynę dalej.
Mam dwie myśli po właśnie zakończonym Triduum Paschalnym.
Pierwsza dotyczy pustki, którą doświadczam bardzo często i nie wiem naprawdę co mam z nią zrobić.
Prosta odpowiedz przyszła do mnie w Wielki Czwartek, otóż mam ja pokochać, zaakceptować i tak jak potrafie pokochać.
Druga myśl związana jest z ewangelicznym obrazem z Męki Pańskiej w Wielki Piątek.
W pamieć zapadła mi scena, w której Piotr rozgrzewa sie przy ognisku, bo jest mu zimno.Wtedy gdy Jezus jest u Annasza. Dwukrotnie w Ewangeli Św.Jan zwraca uwage na ten fakt, rozgrzewający się Piotr przy ognisku, jest faktycznie wystraszony. Nie jest przygotowany, żeby przyznać się do Pana. Wypierając się przyjaźni, po prostu zdradza, jak wiadomo trzykrotnie. Nie mam żadnej intuicji, może poza tą, że jestem taki sam.
Zmartwychwstanie... w tym dniu wspaniałym wszyscy się weselmy - tak śpiewalismy. Doświadczałem jak o kadłub łódki, w której płynę, rozbijają się fale kolejnych pokus, starych i nowych. Płynę dalej.
Pierwsza dotyczy pustki, którą doświadczam bardzo często i nie wiem naprawdę co mam z nią zrobić.
Prosta odpowiedz przyszła do mnie w Wielki Czwartek, otóż mam ja pokochać, zaakceptować i tak jak potrafie pokochać.
Druga myśl związana jest z ewangelicznym obrazem z Męki Pańskiej w Wielki Piątek.
W pamieć zapadła mi scena, w której Piotr rozgrzewa sie przy ognisku, bo jest mu zimno.Wtedy gdy Jezus jest u Annasza. Dwukrotnie w Ewangeli Św.Jan zwraca uwage na ten fakt, rozgrzewający się Piotr przy ognisku, jest faktycznie wystraszony. Nie jest przygotowany, żeby przyznać się do Pana. Wypierając się przyjaźni, po prostu zdradza, jak wiadomo trzykrotnie. Nie mam żadnej intuicji, może poza tą, że jestem taki sam.
Zmartwychwstanie... w tym dniu wspaniałym wszyscy się weselmy - tak śpiewalismy. Doświadczałem jak o kadłub łódki, w której płynę, rozbijają się fale kolejnych pokus, starych i nowych. Płynę dalej.
czwartek, 10 kwietnia 2014
piątek, 27 grudnia 2013
środa, 25 grudnia 2013
Siłacz
Patrzę na te same wydarzenia co roku, jestem ich niemym świadkiem, bo choć wydaje się, że się angażuję, to potem odkrywam, w zasadzie nic nie odkrywam.
Nawet to nie bywa rozczarowujące, kolejne Święta Bożego Narodzenia. Podobne spostrzeżenia. Schematy.
Najpierw praca aż do zwycięstwa, czyli tyle ile fabryka pozwoli plus organizacja domowych obowiązków.
Potem Wigilia i czas refleksji podczas odpoczynku.
Radość z prezentów.
Pierwszy, Drugi Dzień Świąt.
Spostrzeżenie negatywne.
Obserwacje pozytywne.
Do tej pory patrzyłem na historię narodzin Jezusa, w taki sam sposób, tzn. odrzuceni przez ludzi Maryja i Józef odnajdują przez przypadek jakąś szopę, czy stajnię, w której dochodzi do narodzin Zbawiciela, bezbronnego, zmarzniętego dziecięcia. Wkrótce pokłon oddadzą trzej królowie, wcześniej spotkają się z Jezusem pasterze owiec, których poinformował o wszystkim anioł.
Taki standardzik, który na niewielu robi dzisiaj wrażenie.
Pozytyw z jakim spotkałem się w tym roku to taka intuicja, że przecież narodził się Bóg. Skoro tak, to jestem przekonany, że nic nie pozostawił przypadkowi.
Jezus narodził się tam gdzie chciał i jak chciał w konkretnych okolicznościach.
To zmienia postać rzeczy, bo wtedy już nie patrzę na Narodzonego tylko jak na dzidziusia, niemowlaczka, który dopiero odkryje swoje powołanie. Przychodząc do nas w taki a nie inny sposób, Pan stawia sprawy dość jasno.
Piszę o tym, bo ta informacja ciągle brzmi gdzieś w mojej głowie i dociera do mnie, że wcześniej w Dzieciątku nie widziałem Boga, tylko ludzkie dziecko narodzone w fatalnych warunkach. Bardziej skupiałem sie na rodzicach, na otoczce i atmosferze, patrzyłem z pozycji Maryji i Józefa, nie myślałem o Jezusie. który decyduje o wszystkim od początku.
To kolejna mimochodem odkryta prawda, oczywiście nie przeze mnie.
Od lat patrzę i nic nie widzę.
W taki razie o co chodzi, na pewno nie o komfort psychiczny i poszukiwany przez wielu święty spokój.
Zupełnie z innej beczki. Gandalf Szary w "Hobbicie" (skończyłem ogladać jakąś godzinkę temu) powiedział, że o życzliwość w codzienności, pogodę ducha i małe, drobne gesty w stosunku do drugiej osoby. Na początek całkiem nieźle, naprawdę nieźle.
Nawet to nie bywa rozczarowujące, kolejne Święta Bożego Narodzenia. Podobne spostrzeżenia. Schematy.
Najpierw praca aż do zwycięstwa, czyli tyle ile fabryka pozwoli plus organizacja domowych obowiązków.
Potem Wigilia i czas refleksji podczas odpoczynku.
Radość z prezentów.
Pierwszy, Drugi Dzień Świąt.
Spostrzeżenie negatywne.
Obserwacje pozytywne.
Do tej pory patrzyłem na historię narodzin Jezusa, w taki sam sposób, tzn. odrzuceni przez ludzi Maryja i Józef odnajdują przez przypadek jakąś szopę, czy stajnię, w której dochodzi do narodzin Zbawiciela, bezbronnego, zmarzniętego dziecięcia. Wkrótce pokłon oddadzą trzej królowie, wcześniej spotkają się z Jezusem pasterze owiec, których poinformował o wszystkim anioł.
Taki standardzik, który na niewielu robi dzisiaj wrażenie.
Pozytyw z jakim spotkałem się w tym roku to taka intuicja, że przecież narodził się Bóg. Skoro tak, to jestem przekonany, że nic nie pozostawił przypadkowi.
Jezus narodził się tam gdzie chciał i jak chciał w konkretnych okolicznościach.
To zmienia postać rzeczy, bo wtedy już nie patrzę na Narodzonego tylko jak na dzidziusia, niemowlaczka, który dopiero odkryje swoje powołanie. Przychodząc do nas w taki a nie inny sposób, Pan stawia sprawy dość jasno.
Piszę o tym, bo ta informacja ciągle brzmi gdzieś w mojej głowie i dociera do mnie, że wcześniej w Dzieciątku nie widziałem Boga, tylko ludzkie dziecko narodzone w fatalnych warunkach. Bardziej skupiałem sie na rodzicach, na otoczce i atmosferze, patrzyłem z pozycji Maryji i Józefa, nie myślałem o Jezusie. który decyduje o wszystkim od początku.
To kolejna mimochodem odkryta prawda, oczywiście nie przeze mnie.
Od lat patrzę i nic nie widzę.
W taki razie o co chodzi, na pewno nie o komfort psychiczny i poszukiwany przez wielu święty spokój.
Zupełnie z innej beczki. Gandalf Szary w "Hobbicie" (skończyłem ogladać jakąś godzinkę temu) powiedział, że o życzliwość w codzienności, pogodę ducha i małe, drobne gesty w stosunku do drugiej osoby. Na początek całkiem nieźle, naprawdę nieźle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)