czwartek, 30 grudnia 2010

Trafiony prezent.

Zwykle narzekam na swoją najstarszą córkę, uważam, że trzynastolatka powinna robić to i tamto, pomagać, opiekować się młodszym rodzeństwem, prasować, przygotowywać śniadania, ścielić łóżko Alicji, zmywać naczynia i lista jest długa, naprawdę.
Kiedy znajomi pytają się o dzieciaki, a ja mówię, że wychowujemy trójkę, a najstarsze ma 13 lat to zwykle słyszę, że mamy luz i z jej strony, tzn. ze strony dorastającej panny to wszelka pomoc i w ogóle, zwykle zaprzeczam i mówię, że to nie tak, spojrzenie na sprawę jest nieco stereotypowe. Oczywiście jest cała rzesza dorastających nastolatek, która za nic ma czas buntu, tylko pokornie realizuje polecenia i należycie wywiązuje się ze swoich obowiązków wobec rodzeństwa, świetnie się uczy i jeszcze co? Sami sobie zresztą dośpiewajcie co jeszcze. Zatem krytyczne spojrzenie na moją córkę jest rzecz jasna przesadne, wynikające z jakiegoś wyobrażenia, ale już chyba o tym pisałem, mam dziewuchę z krwi i kości przecież.
Ważniejsze jest coś innego, mianowicie to, jak Natka patrzy na nas, zwykle przyjmuje postawę roszczeniową, aż do ostatniej Wigilii, otóż kupiła nam prezenty. Co ważniejsze, prezenty trafione, co nie tylko świadczy o jej dobrym guście oraz intuicji, którą uważam u kobiety za rzecz fundamentalną, ale co istotne zmieściła się w budżecie tzn. wykroiła niemałą kwotę ze swojego kieszonkowego.
Dostałem maluteńką książeczkę( format 3cm x 5 cm) pod tytułem - Książeczka cytatów dla rodziców-
i tam wśród wielu niezwykle trafnych i budzących sumienie treści, przeczytałem, że...

NAJWAŻNIEJSZE, CO MOŻE OJCIEC ZROBIĆ DLA SWYCH DZIECI TO KOCHAĆ ICH MATKĘ

tylko tyle i aż tyle, z pewnością wystarczająco, żeby 2011 rok był tak udany jak 2010.

wtorek, 28 grudnia 2010

Przereklamowane święta.

Święta, święta i po świętach. Coraz częściej słyszę ten tekst, a wypowiadająca go osoba chce powiedzieć, że tyle przygotowań, tyle wysiłku i czasu poświęcamy, żeby skonsumować nasze efekty w Wigilijną Noc, poprawić w Pierwszy Dzień i ponarzekać w Drugi Dzień.
Kolejna Gwiazdka za nami, mam nieodparte wrażenie, że zewnętrznie bardzo podobna do poprzednich. Praktycznie do 24.12. ciągle w pracy, nie miałem czasu żeby razem z rodziną przygotować się do tych Świąt, zresztą który to już raz? Dość powiedzieć, że choinkę ubierałem razem Alicją w 40 minut, bez szczególnej radości w iście ekspresowym tempie, choć podobno wyszło nieźle:). Wigilia u teściów o 18.00,dodam, że z pracy wróciłem parę minut przed 16.00. Wiem, że w wielu domach jest podobnie, bez wytchnienia.
W tej bieganinie słyszę jeszcze, że nie czuję się Świąt, nie czuć ich atmosfery.
Mam przekonanie graniczące z pewnością, że dbając jedynie o dekoracje i wystrój, bliżej nam będzie ( a może już tak jest) do telewizyjnej reklamy z pluszakiem i śnieżnobiałą brodą Mikołaja, w tle.
Piszę o tym i myślę o Maryji i Józefie, którzy tuż przed narodzeniem Jezusa też byli zmęczeni, właściwie nieprzygotowani tak zewnętrznie do rozwiązania, bo ani odpowiedniego miejsca, ani pieluch, czy ubranek nie mówiąc już o ciepłej wodzie, a położna? Hm, może była w miasteczku, może nawet w gospodzie...
Sam poród w stodole, na sianie, pewnie wcale niebaśniowy, nieskromnie powiem, że byłem przy trzech porodach swoich dzieciaków i dla faceta to nie są proste sprawy, mogę się tylko domyslać, jak czuł sie Józef.
A potem dla Maryji zaczyna się proza życia, opieka nad niemowlęciem, szara krzątanina, wkrótce ucieczka do Egiptu.
Uniesienia, zjawiska nadprzyrodzone, cudowne emocje, świąteczna atmosfera wreszcie, zarezerwowana jest dla odwiedzających pasterzy i mędrców.
Najważniejsze w tych wydarzeniach są ludzkie relacje, prawdziwe rozważanie w sercu tego co się dzieje, absolutna świadomość wyjątkowej chwili. Maryja nie zważając na okoliczności, pozostając w skupieniu, na modlitwie, przypomina nam, że w naszej codzienności właśnie nieustanie spotykamy Boga.
Adaś spotyka narazie świąteczne melodie, do najbardziej lubianych należy -
Świeć Gwiazdeczko.

środa, 15 grudnia 2010

Modlitwa

Prowadź mnie, Światło, swą błogą opieką,
Światło odwieczne!
Noc mroczna, dom mój tak bardzo daleko,
Więc Ty mnie prowadź.
Nie proszę rajów odległych widoku,
Starczy promyczek dla jednego kroku.

Nie zawsze tak się modliłem jak teraz,
Światło odwieczne.
Sam chciałem widzieć, sam chciałem wybierać
Swą własną drogę.
Pomimo trwogi łaknąłem barw świata
Ufny w swą siłę. Przebacz tamte lata.

Tyś zawsze trwało, gdym przez głuchą ciemność,
Przez bór, pustynię
Błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną,
Aż mrok przeminie,
Aż świt odsłoni te drogie postaci,
Którem ukochał niegdyś, którem stracił.

bł.John H. Newman

czwartek, 9 grudnia 2010

Pierwsze wrażenie

Ciekawie rozwija sie wątek rozmów z moim przyjacielem. Otóż ostatnio zaopiniował książkę, którą bardzo gorąco i konsekwentnie polecałem mu, żeby przeczytał. Po przebrnięciu pierwszych 60 stron nie mógł się powstrzymać i zadzwonił do mnie niesłychanie rozczarowany i zdegustowany, no i z intelektualnej uczty, którą miał się raczyć wyszedł zakalec na imieninach u nielubianej cioci. Książka, którą oboje czytaliśmy zawiera proste treści okraszone duża ilością entuzjazmu, optymizmu i wiary, że każdy jest zwycięzcą, tylko musi rozpocząć grę i stosując się do jej zasad, dzień po dniu stawać się lepszym. Prawie do konwulsji doprowadzał go mentorsko- moralizatorski ton autora i nienaturalne samozadowolenie ze wszystkiego co robi, oraz rzecz jasna sama treść, merytorycznie, jak powiedział, trzecia liga. Kiedy ja czytałem rzucały mi się w oczy  autentyczne historie ludzi, którym wiodło sie raczej miernie i na skutek jakiegoś wydarzenia ich los odmieniał się, zaczynali inaczej spogladać na świat. Zmiana to zawsze jest oczywiście jakiś proces, ale mnie interesuje ten najważniejszy moment, punkt zwrotny. Nie w tym rzecz kto ma rację w tej ocenie, ale jak patrzymy na otoczenie i jakie są nasze oczekiwania.
 I w tym miejscu przypomina mi się historia o grupie medytujących mnichów, których do szału doprowadzał pewien kot hałasujący w sali medytacyjnej. Przywiązali go więc sznurkiem do nogi od stołu i dopiero wtedy mogli bez przeszkód medytować. Biedne przywiązane zwierzę towarzyszyło im w medytacji przez długie lata, aż pewnego razu, na kolejnym spotkaniu przeor klasztoru zauważył niepokój i poruszenie wśród współbraci, zaciekawiony pyta - Dlaczego nie przygotowujecie się do medytacji, co się dzieje?
- Jak to co - odpowiedzieli - nie możemy się modlić,  brakuje przecież kota.
Faktycznie kota nie było.
Potrzebujemy barwnego, atrakcyjnego opakowania, żeby konsumować produkt, nikogo nie fascynuje przecież paleta szarości. Zaskakujących odkryć możemy dokonać, pozbywając się ekskluzywnej otoczki, lub pomijając pierwsze wrażenie spróbować dotrzeć nieco dalej.
W takim szaroburym klimacie jest forma przekazu zespołu RAZ, DWA, TRZY, która magicznie przyciąga.

piątek, 3 grudnia 2010

Opony Goodyear.

Nie chciał żyć w biedzie, ale przed nią nie uciekał.
Rozmawiałem ostatnio z moim najlepszym przyjacielem i usłyszałem tyle złych rzeczy o otaczającej nas rzeczywistości, że był momenty kiedy chyba go nie słuchałem, straszna gorycz i beznadzieja.  Wszystko co mówił było niestety prawdą co jeszcze bardziej zaostrza moje ogólne negatywne wrażenia.Ufffff !

Jako antidotum na te złe emocje chciałbym przytoczyć historię Charlesa Goodyeara, tak, tak tego od opon...
Okazuje się, że nigdy nie odkrył gumy, nie wymyślił opony, a tym bardziej nie był właścicielem, ani pomysłodawcą firmy Goodyear Tire and Rubber Company.
Opracował jednak metodę jak z bezużytecznej lepkiej substancji tworzyć opony, podeszwy do butów czy gumki recepturki. Dokonał tego wtedy, gdy cały amerykański przemysł gumowy w latach 30 XIX w. zbankrutował dochodząc do wniosku, że guma jest bezwartościowa, ponieważ nie jest odporna na ciepło i nie zachowuje swoje kształtu. Po 5 latach mozolnej pracy, sprzedaniu rodzinnego majątku, kilku pobytach w więzieniu za długi, po tysiącu nieudanych eksperymentach w końcu osiągnął cel, otóż dodając do gumy biel ołowianą i siarkę, opracował proces zwany wulkanizacją. Żeby nie było tak po amerykańsku, Goodyear wcale nie skonsumował tego sukcesu, okazało się, że o prawa do tego patentu musiał walczyć w sądzie, a gdy w końcu wygrał to wiedza o jego odkryciu stała się powszechnie dostępna ponieważ patent odkrywcy wygasł. I tak przez całe życie wraz z rodziną, która wiernie towarzyszyła mu do ostatnich chwil, balansował na krawędzi bankructwa w okrutnej biedzie.
Dla porządku warto odnotować, że 38 lat po jego śmierci w 1898 roku Frank i Charles Seiberlingowie założyli z w Ancon, Ohio firmę zajmującą się produkcją wyrobów gumowych. Doceniając wkład i misję Goodyeara, nazwali ją na jego cześć.

Piszę o tym dlatego, że czytając tę historię w książce Ziga Ziglara pt. Żyj lepiej niż dobrze, otrzymałem niewiarygodnie duża dawkę pozytywnych emocji, których próżno szukać w dzisiejszych newsach, ale jak się okazało niewiele pozytywów zdarza się także w przyjacielskich rozmowach.
Tak wciągnąłem się w tę energetyczną lekturę, że przestałem ogladać telewizję.
W sumie nic nowego, już XVI-wieczny uczony, Erazm z Roterdamu powiedział:
"Klin wybija się klinem, jeden nawyk zastępuję się kolejnym nawykiem"

 Charles Goodyear miał misję, wierzył, jak sam mówił, że Bóg wybrał go jako tego, który miał rozwiązać tajemnicę gumy. Miał silne poczucie sensu nigdy poważnie nie rozważał porzucenia swojej drogi. Wariat? Ekscentryk? Może tak, życzę mojemu przyjacielowi i nam wszystkim zresztą też, takiego odbicia od normy.