Rekolekcje już minęły, słowa pozostały, treści są aktualne, także dla mnie.
O wszystkim, co w tym momencie jest dla mnie ważne i co chciałbym powiedzieć swoim dzieciom, a czego nie mówię, dlatego że ...
piątek, 27 grudnia 2013
środa, 25 grudnia 2013
Siłacz
Patrzę na te same wydarzenia co roku, jestem ich niemym świadkiem, bo choć wydaje się, że się angażuję, to potem odkrywam, w zasadzie nic nie odkrywam.
Nawet to nie bywa rozczarowujące, kolejne Święta Bożego Narodzenia. Podobne spostrzeżenia. Schematy.
Najpierw praca aż do zwycięstwa, czyli tyle ile fabryka pozwoli plus organizacja domowych obowiązków.
Potem Wigilia i czas refleksji podczas odpoczynku.
Radość z prezentów.
Pierwszy, Drugi Dzień Świąt.
Spostrzeżenie negatywne.
Obserwacje pozytywne.
Do tej pory patrzyłem na historię narodzin Jezusa, w taki sam sposób, tzn. odrzuceni przez ludzi Maryja i Józef odnajdują przez przypadek jakąś szopę, czy stajnię, w której dochodzi do narodzin Zbawiciela, bezbronnego, zmarzniętego dziecięcia. Wkrótce pokłon oddadzą trzej królowie, wcześniej spotkają się z Jezusem pasterze owiec, których poinformował o wszystkim anioł.
Taki standardzik, który na niewielu robi dzisiaj wrażenie.
Pozytyw z jakim spotkałem się w tym roku to taka intuicja, że przecież narodził się Bóg. Skoro tak, to jestem przekonany, że nic nie pozostawił przypadkowi.
Jezus narodził się tam gdzie chciał i jak chciał w konkretnych okolicznościach.
To zmienia postać rzeczy, bo wtedy już nie patrzę na Narodzonego tylko jak na dzidziusia, niemowlaczka, który dopiero odkryje swoje powołanie. Przychodząc do nas w taki a nie inny sposób, Pan stawia sprawy dość jasno.
Piszę o tym, bo ta informacja ciągle brzmi gdzieś w mojej głowie i dociera do mnie, że wcześniej w Dzieciątku nie widziałem Boga, tylko ludzkie dziecko narodzone w fatalnych warunkach. Bardziej skupiałem sie na rodzicach, na otoczce i atmosferze, patrzyłem z pozycji Maryji i Józefa, nie myślałem o Jezusie. który decyduje o wszystkim od początku.
To kolejna mimochodem odkryta prawda, oczywiście nie przeze mnie.
Od lat patrzę i nic nie widzę.
W taki razie o co chodzi, na pewno nie o komfort psychiczny i poszukiwany przez wielu święty spokój.
Zupełnie z innej beczki. Gandalf Szary w "Hobbicie" (skończyłem ogladać jakąś godzinkę temu) powiedział, że o życzliwość w codzienności, pogodę ducha i małe, drobne gesty w stosunku do drugiej osoby. Na początek całkiem nieźle, naprawdę nieźle.
Nawet to nie bywa rozczarowujące, kolejne Święta Bożego Narodzenia. Podobne spostrzeżenia. Schematy.
Najpierw praca aż do zwycięstwa, czyli tyle ile fabryka pozwoli plus organizacja domowych obowiązków.
Potem Wigilia i czas refleksji podczas odpoczynku.
Radość z prezentów.
Pierwszy, Drugi Dzień Świąt.
Spostrzeżenie negatywne.
Obserwacje pozytywne.
Do tej pory patrzyłem na historię narodzin Jezusa, w taki sam sposób, tzn. odrzuceni przez ludzi Maryja i Józef odnajdują przez przypadek jakąś szopę, czy stajnię, w której dochodzi do narodzin Zbawiciela, bezbronnego, zmarzniętego dziecięcia. Wkrótce pokłon oddadzą trzej królowie, wcześniej spotkają się z Jezusem pasterze owiec, których poinformował o wszystkim anioł.
Taki standardzik, który na niewielu robi dzisiaj wrażenie.
Pozytyw z jakim spotkałem się w tym roku to taka intuicja, że przecież narodził się Bóg. Skoro tak, to jestem przekonany, że nic nie pozostawił przypadkowi.
Jezus narodził się tam gdzie chciał i jak chciał w konkretnych okolicznościach.
To zmienia postać rzeczy, bo wtedy już nie patrzę na Narodzonego tylko jak na dzidziusia, niemowlaczka, który dopiero odkryje swoje powołanie. Przychodząc do nas w taki a nie inny sposób, Pan stawia sprawy dość jasno.
Piszę o tym, bo ta informacja ciągle brzmi gdzieś w mojej głowie i dociera do mnie, że wcześniej w Dzieciątku nie widziałem Boga, tylko ludzkie dziecko narodzone w fatalnych warunkach. Bardziej skupiałem sie na rodzicach, na otoczce i atmosferze, patrzyłem z pozycji Maryji i Józefa, nie myślałem o Jezusie. który decyduje o wszystkim od początku.
To kolejna mimochodem odkryta prawda, oczywiście nie przeze mnie.
Od lat patrzę i nic nie widzę.
W taki razie o co chodzi, na pewno nie o komfort psychiczny i poszukiwany przez wielu święty spokój.
Zupełnie z innej beczki. Gandalf Szary w "Hobbicie" (skończyłem ogladać jakąś godzinkę temu) powiedział, że o życzliwość w codzienności, pogodę ducha i małe, drobne gesty w stosunku do drugiej osoby. Na początek całkiem nieźle, naprawdę nieźle.
piątek, 6 grudnia 2013
Nie zapomnij o mnie, Mikołaju!
Energetyczny Mikołajkowy poranek zaczął się od Twojego łał, łał, tzn. znalazłeś coś na parapecie.
Potem wpadłeś do naszego pokoju i prezentacja prezentów.
Numer jeden: załoga Łajbka : Jake, Iza i Fajtek czyli pełny skład "tych dobrych", jest oczywiście jeszcze Czachuś - papuga, ale to ptaszysko już od dawna gości w Twoim pokoju.
Numer dwa : koszulka z żabą Cut the Rope plus słodycze. Oczywiście w koszulce poszedłeś do przedszkola :)
Po pierwszej radości, drobna refleksja, hm... przecież w liście do Mikołaja były zupełnie inne rzeczy...
Porządkujące domysły : pewnie mu się pomyliło, nie rozpoznał rysunków, może nie miał pieniążków, ale to nic, wszystko co dostałem jest super.
Wkrótce się dowiesz, że Mikołaj nie przynosi prezentów, że dostajesz je od najbliższych, od tych, którzy kochają Cię najmocniej jak potrafią i pewnie będziesz przez jakiś czas rozczarowany rzeczywistością, ale mam dobre wiadomości.
Wkrótce to Ty zostaniesz Świętym Mikołajem i będziesz miał szansę poczuć całą masę pozytywnych emocji związanych z dawaniem.
Dzisiaj cieszysz się i przeżywasz kiedy dostajesz.
Jutro odkryjesz, że dawanie jest o wiele bardziej satysfakcjonujące, że kopie taką energią, zwłaszcza, jak widzisz radość drugiej osoby, wtedy kiedy dajesz anonimowo. Mikołaj jest tym dniem, w którym dajesz nie Ty, tylko On.
Dziękuję, za Twoją radość.
Uświadomiłem sobie, że przeżywałem to wiele razy, patrząc na córeczki, rozpakowujące swoje świąteczne prezenty, ale o zgrozo! zapomniałem już o tej spontanicznej reakcji, zapomniałem !!!
Potem wpadłeś do naszego pokoju i prezentacja prezentów.
Numer jeden: załoga Łajbka : Jake, Iza i Fajtek czyli pełny skład "tych dobrych", jest oczywiście jeszcze Czachuś - papuga, ale to ptaszysko już od dawna gości w Twoim pokoju.
Numer dwa : koszulka z żabą Cut the Rope plus słodycze. Oczywiście w koszulce poszedłeś do przedszkola :)
Po pierwszej radości, drobna refleksja, hm... przecież w liście do Mikołaja były zupełnie inne rzeczy...
Porządkujące domysły : pewnie mu się pomyliło, nie rozpoznał rysunków, może nie miał pieniążków, ale to nic, wszystko co dostałem jest super.
Wkrótce się dowiesz, że Mikołaj nie przynosi prezentów, że dostajesz je od najbliższych, od tych, którzy kochają Cię najmocniej jak potrafią i pewnie będziesz przez jakiś czas rozczarowany rzeczywistością, ale mam dobre wiadomości.
Wkrótce to Ty zostaniesz Świętym Mikołajem i będziesz miał szansę poczuć całą masę pozytywnych emocji związanych z dawaniem.
Dzisiaj cieszysz się i przeżywasz kiedy dostajesz.
Jutro odkryjesz, że dawanie jest o wiele bardziej satysfakcjonujące, że kopie taką energią, zwłaszcza, jak widzisz radość drugiej osoby, wtedy kiedy dajesz anonimowo. Mikołaj jest tym dniem, w którym dajesz nie Ty, tylko On.
Dziękuję, za Twoją radość.
Uświadomiłem sobie, że przeżywałem to wiele razy, patrząc na córeczki, rozpakowujące swoje świąteczne prezenty, ale o zgrozo! zapomniałem już o tej spontanicznej reakcji, zapomniałem !!!
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Pustka jest dobra.
Przeglądam się czasem w tym co wcześniej napiszę nieco narcystycznie, przyznaję.
Zdarza się, że chciałbym skomentować własny post, ale nie dlatego, że nikt nie komentuje, ale dlatego, że po kilku dniach jak się "uleży" wygląda jak odarty z emocjonalnej otoczki, kontekstu, stanu w danej chwili.
To zupełnie normalna sprawa, co wybrzmiało wczoraj, dzisiaj może być ledwie odbieranym echem.
Wspominając o fundamentalnych sprawach kilka wpisów temu, napisałem o poszukiwaniu Chrystusa w codzienności, zdaję sobie sprawę, że to jest niesłychanie osobista sprawa i jako taka, wypływając na światło dzienne może budzić Twoje obawy, albo po prostu niezrozumienie.
Uświadamiam sobie jednak, że pisząc o swoich poszukiwaniach, pozostawiam jakieś ślady w przestrzeni, którą niby znam, w której funkcjonuję, ale czuję, że pozostaje w niej drugie dno. Nie mam pewności, ale przekonanie z nią graniczące, że tak właśnie jest.
Spoglądam na oczywistości i czasem uda się uchwycić inną perspektywę, zdarza się, że różaniec uchyla niektóre drzwi...
Muszę napisać o ostatnim odkryciu, o pustce.
Strasznie ciekawy temat, ale bez definicji i teorii tym razem, tylko konkret. Otóż dotarło do mnie, że wewnętrzna pustka, którą odczuwam jest dobra. Do niedawna przyglądając się jej miałem negatywne skojarzenia, do niedawna. Dzisiaj traktuję ją jako zaproszenie do poszukiwania, do wiary. Rozważając pierwszą tajemnicę chwalebną - Zmartwychwstanie, znalazłem się przed pustym grobem Pana Jezusa.
I co teraz?
Uwierzyć, że Zmartwychwstał i żyje? Tak powiem, oczywiście chcę w to wierzyć, powinienem w to uwierzyć. Tyle razy słyszałem tę opowieść w Kościele.
Ale jakie są fakty, ano takie, że czuję pustkę. Pusty grób jest faktem.
Św. Jan, uczeń i ewangelista, kiedy wszedł do pustego grobu, zobaczył, że nie ma tam nikogo i wtedy właśnie uwierzył, że Pan Zmartwychwstał.
Jakże daleko mi do takiej wiary, w obliczu tego zdarzenia, mogę powiedzieć, że jestem po prostu niewierzący.
OK. mógłbym tak powiedzieć, ale jednak nie daje mi spokoju ta pustka, domaga się wypełnienia.
Pewnie, że jutro na dłuższą chwilę o tym zapomnę, bo pochłonie mnie "życie" ze swoją symfonią emocji, smaków i barw i to też będzie dobre, a może właśnie w trakcie jutrzejszego dnia dostanę kolejną wskazówkę i zerknę i będę krok dalej.
Zdarza się, że chciałbym skomentować własny post, ale nie dlatego, że nikt nie komentuje, ale dlatego, że po kilku dniach jak się "uleży" wygląda jak odarty z emocjonalnej otoczki, kontekstu, stanu w danej chwili.
To zupełnie normalna sprawa, co wybrzmiało wczoraj, dzisiaj może być ledwie odbieranym echem.
Wspominając o fundamentalnych sprawach kilka wpisów temu, napisałem o poszukiwaniu Chrystusa w codzienności, zdaję sobie sprawę, że to jest niesłychanie osobista sprawa i jako taka, wypływając na światło dzienne może budzić Twoje obawy, albo po prostu niezrozumienie.
Uświadamiam sobie jednak, że pisząc o swoich poszukiwaniach, pozostawiam jakieś ślady w przestrzeni, którą niby znam, w której funkcjonuję, ale czuję, że pozostaje w niej drugie dno. Nie mam pewności, ale przekonanie z nią graniczące, że tak właśnie jest.
Spoglądam na oczywistości i czasem uda się uchwycić inną perspektywę, zdarza się, że różaniec uchyla niektóre drzwi...
Muszę napisać o ostatnim odkryciu, o pustce.
Strasznie ciekawy temat, ale bez definicji i teorii tym razem, tylko konkret. Otóż dotarło do mnie, że wewnętrzna pustka, którą odczuwam jest dobra. Do niedawna przyglądając się jej miałem negatywne skojarzenia, do niedawna. Dzisiaj traktuję ją jako zaproszenie do poszukiwania, do wiary. Rozważając pierwszą tajemnicę chwalebną - Zmartwychwstanie, znalazłem się przed pustym grobem Pana Jezusa.
I co teraz?
Uwierzyć, że Zmartwychwstał i żyje? Tak powiem, oczywiście chcę w to wierzyć, powinienem w to uwierzyć. Tyle razy słyszałem tę opowieść w Kościele.
Ale jakie są fakty, ano takie, że czuję pustkę. Pusty grób jest faktem.
Św. Jan, uczeń i ewangelista, kiedy wszedł do pustego grobu, zobaczył, że nie ma tam nikogo i wtedy właśnie uwierzył, że Pan Zmartwychwstał.
Jakże daleko mi do takiej wiary, w obliczu tego zdarzenia, mogę powiedzieć, że jestem po prostu niewierzący.
OK. mógłbym tak powiedzieć, ale jednak nie daje mi spokoju ta pustka, domaga się wypełnienia.
Pewnie, że jutro na dłuższą chwilę o tym zapomnę, bo pochłonie mnie "życie" ze swoją symfonią emocji, smaków i barw i to też będzie dobre, a może właśnie w trakcie jutrzejszego dnia dostanę kolejną wskazówkę i zerknę i będę krok dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)