czwartek, 30 grudnia 2010

Trafiony prezent.

Zwykle narzekam na swoją najstarszą córkę, uważam, że trzynastolatka powinna robić to i tamto, pomagać, opiekować się młodszym rodzeństwem, prasować, przygotowywać śniadania, ścielić łóżko Alicji, zmywać naczynia i lista jest długa, naprawdę.
Kiedy znajomi pytają się o dzieciaki, a ja mówię, że wychowujemy trójkę, a najstarsze ma 13 lat to zwykle słyszę, że mamy luz i z jej strony, tzn. ze strony dorastającej panny to wszelka pomoc i w ogóle, zwykle zaprzeczam i mówię, że to nie tak, spojrzenie na sprawę jest nieco stereotypowe. Oczywiście jest cała rzesza dorastających nastolatek, która za nic ma czas buntu, tylko pokornie realizuje polecenia i należycie wywiązuje się ze swoich obowiązków wobec rodzeństwa, świetnie się uczy i jeszcze co? Sami sobie zresztą dośpiewajcie co jeszcze. Zatem krytyczne spojrzenie na moją córkę jest rzecz jasna przesadne, wynikające z jakiegoś wyobrażenia, ale już chyba o tym pisałem, mam dziewuchę z krwi i kości przecież.
Ważniejsze jest coś innego, mianowicie to, jak Natka patrzy na nas, zwykle przyjmuje postawę roszczeniową, aż do ostatniej Wigilii, otóż kupiła nam prezenty. Co ważniejsze, prezenty trafione, co nie tylko świadczy o jej dobrym guście oraz intuicji, którą uważam u kobiety za rzecz fundamentalną, ale co istotne zmieściła się w budżecie tzn. wykroiła niemałą kwotę ze swojego kieszonkowego.
Dostałem maluteńką książeczkę( format 3cm x 5 cm) pod tytułem - Książeczka cytatów dla rodziców-
i tam wśród wielu niezwykle trafnych i budzących sumienie treści, przeczytałem, że...

NAJWAŻNIEJSZE, CO MOŻE OJCIEC ZROBIĆ DLA SWYCH DZIECI TO KOCHAĆ ICH MATKĘ

tylko tyle i aż tyle, z pewnością wystarczająco, żeby 2011 rok był tak udany jak 2010.

wtorek, 28 grudnia 2010

Przereklamowane święta.

Święta, święta i po świętach. Coraz częściej słyszę ten tekst, a wypowiadająca go osoba chce powiedzieć, że tyle przygotowań, tyle wysiłku i czasu poświęcamy, żeby skonsumować nasze efekty w Wigilijną Noc, poprawić w Pierwszy Dzień i ponarzekać w Drugi Dzień.
Kolejna Gwiazdka za nami, mam nieodparte wrażenie, że zewnętrznie bardzo podobna do poprzednich. Praktycznie do 24.12. ciągle w pracy, nie miałem czasu żeby razem z rodziną przygotować się do tych Świąt, zresztą który to już raz? Dość powiedzieć, że choinkę ubierałem razem Alicją w 40 minut, bez szczególnej radości w iście ekspresowym tempie, choć podobno wyszło nieźle:). Wigilia u teściów o 18.00,dodam, że z pracy wróciłem parę minut przed 16.00. Wiem, że w wielu domach jest podobnie, bez wytchnienia.
W tej bieganinie słyszę jeszcze, że nie czuję się Świąt, nie czuć ich atmosfery.
Mam przekonanie graniczące z pewnością, że dbając jedynie o dekoracje i wystrój, bliżej nam będzie ( a może już tak jest) do telewizyjnej reklamy z pluszakiem i śnieżnobiałą brodą Mikołaja, w tle.
Piszę o tym i myślę o Maryji i Józefie, którzy tuż przed narodzeniem Jezusa też byli zmęczeni, właściwie nieprzygotowani tak zewnętrznie do rozwiązania, bo ani odpowiedniego miejsca, ani pieluch, czy ubranek nie mówiąc już o ciepłej wodzie, a położna? Hm, może była w miasteczku, może nawet w gospodzie...
Sam poród w stodole, na sianie, pewnie wcale niebaśniowy, nieskromnie powiem, że byłem przy trzech porodach swoich dzieciaków i dla faceta to nie są proste sprawy, mogę się tylko domyslać, jak czuł sie Józef.
A potem dla Maryji zaczyna się proza życia, opieka nad niemowlęciem, szara krzątanina, wkrótce ucieczka do Egiptu.
Uniesienia, zjawiska nadprzyrodzone, cudowne emocje, świąteczna atmosfera wreszcie, zarezerwowana jest dla odwiedzających pasterzy i mędrców.
Najważniejsze w tych wydarzeniach są ludzkie relacje, prawdziwe rozważanie w sercu tego co się dzieje, absolutna świadomość wyjątkowej chwili. Maryja nie zważając na okoliczności, pozostając w skupieniu, na modlitwie, przypomina nam, że w naszej codzienności właśnie nieustanie spotykamy Boga.
Adaś spotyka narazie świąteczne melodie, do najbardziej lubianych należy -
Świeć Gwiazdeczko.

środa, 15 grudnia 2010

Modlitwa

Prowadź mnie, Światło, swą błogą opieką,
Światło odwieczne!
Noc mroczna, dom mój tak bardzo daleko,
Więc Ty mnie prowadź.
Nie proszę rajów odległych widoku,
Starczy promyczek dla jednego kroku.

Nie zawsze tak się modliłem jak teraz,
Światło odwieczne.
Sam chciałem widzieć, sam chciałem wybierać
Swą własną drogę.
Pomimo trwogi łaknąłem barw świata
Ufny w swą siłę. Przebacz tamte lata.

Tyś zawsze trwało, gdym przez głuchą ciemność,
Przez bór, pustynię
Błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną,
Aż mrok przeminie,
Aż świt odsłoni te drogie postaci,
Którem ukochał niegdyś, którem stracił.

bł.John H. Newman

czwartek, 9 grudnia 2010

Pierwsze wrażenie

Ciekawie rozwija sie wątek rozmów z moim przyjacielem. Otóż ostatnio zaopiniował książkę, którą bardzo gorąco i konsekwentnie polecałem mu, żeby przeczytał. Po przebrnięciu pierwszych 60 stron nie mógł się powstrzymać i zadzwonił do mnie niesłychanie rozczarowany i zdegustowany, no i z intelektualnej uczty, którą miał się raczyć wyszedł zakalec na imieninach u nielubianej cioci. Książka, którą oboje czytaliśmy zawiera proste treści okraszone duża ilością entuzjazmu, optymizmu i wiary, że każdy jest zwycięzcą, tylko musi rozpocząć grę i stosując się do jej zasad, dzień po dniu stawać się lepszym. Prawie do konwulsji doprowadzał go mentorsko- moralizatorski ton autora i nienaturalne samozadowolenie ze wszystkiego co robi, oraz rzecz jasna sama treść, merytorycznie, jak powiedział, trzecia liga. Kiedy ja czytałem rzucały mi się w oczy  autentyczne historie ludzi, którym wiodło sie raczej miernie i na skutek jakiegoś wydarzenia ich los odmieniał się, zaczynali inaczej spogladać na świat. Zmiana to zawsze jest oczywiście jakiś proces, ale mnie interesuje ten najważniejszy moment, punkt zwrotny. Nie w tym rzecz kto ma rację w tej ocenie, ale jak patrzymy na otoczenie i jakie są nasze oczekiwania.
 I w tym miejscu przypomina mi się historia o grupie medytujących mnichów, których do szału doprowadzał pewien kot hałasujący w sali medytacyjnej. Przywiązali go więc sznurkiem do nogi od stołu i dopiero wtedy mogli bez przeszkód medytować. Biedne przywiązane zwierzę towarzyszyło im w medytacji przez długie lata, aż pewnego razu, na kolejnym spotkaniu przeor klasztoru zauważył niepokój i poruszenie wśród współbraci, zaciekawiony pyta - Dlaczego nie przygotowujecie się do medytacji, co się dzieje?
- Jak to co - odpowiedzieli - nie możemy się modlić,  brakuje przecież kota.
Faktycznie kota nie było.
Potrzebujemy barwnego, atrakcyjnego opakowania, żeby konsumować produkt, nikogo nie fascynuje przecież paleta szarości. Zaskakujących odkryć możemy dokonać, pozbywając się ekskluzywnej otoczki, lub pomijając pierwsze wrażenie spróbować dotrzeć nieco dalej.
W takim szaroburym klimacie jest forma przekazu zespołu RAZ, DWA, TRZY, która magicznie przyciąga.

piątek, 3 grudnia 2010

Opony Goodyear.

Nie chciał żyć w biedzie, ale przed nią nie uciekał.
Rozmawiałem ostatnio z moim najlepszym przyjacielem i usłyszałem tyle złych rzeczy o otaczającej nas rzeczywistości, że był momenty kiedy chyba go nie słuchałem, straszna gorycz i beznadzieja.  Wszystko co mówił było niestety prawdą co jeszcze bardziej zaostrza moje ogólne negatywne wrażenia.Ufffff !

Jako antidotum na te złe emocje chciałbym przytoczyć historię Charlesa Goodyeara, tak, tak tego od opon...
Okazuje się, że nigdy nie odkrył gumy, nie wymyślił opony, a tym bardziej nie był właścicielem, ani pomysłodawcą firmy Goodyear Tire and Rubber Company.
Opracował jednak metodę jak z bezużytecznej lepkiej substancji tworzyć opony, podeszwy do butów czy gumki recepturki. Dokonał tego wtedy, gdy cały amerykański przemysł gumowy w latach 30 XIX w. zbankrutował dochodząc do wniosku, że guma jest bezwartościowa, ponieważ nie jest odporna na ciepło i nie zachowuje swoje kształtu. Po 5 latach mozolnej pracy, sprzedaniu rodzinnego majątku, kilku pobytach w więzieniu za długi, po tysiącu nieudanych eksperymentach w końcu osiągnął cel, otóż dodając do gumy biel ołowianą i siarkę, opracował proces zwany wulkanizacją. Żeby nie było tak po amerykańsku, Goodyear wcale nie skonsumował tego sukcesu, okazało się, że o prawa do tego patentu musiał walczyć w sądzie, a gdy w końcu wygrał to wiedza o jego odkryciu stała się powszechnie dostępna ponieważ patent odkrywcy wygasł. I tak przez całe życie wraz z rodziną, która wiernie towarzyszyła mu do ostatnich chwil, balansował na krawędzi bankructwa w okrutnej biedzie.
Dla porządku warto odnotować, że 38 lat po jego śmierci w 1898 roku Frank i Charles Seiberlingowie założyli z w Ancon, Ohio firmę zajmującą się produkcją wyrobów gumowych. Doceniając wkład i misję Goodyeara, nazwali ją na jego cześć.

Piszę o tym dlatego, że czytając tę historię w książce Ziga Ziglara pt. Żyj lepiej niż dobrze, otrzymałem niewiarygodnie duża dawkę pozytywnych emocji, których próżno szukać w dzisiejszych newsach, ale jak się okazało niewiele pozytywów zdarza się także w przyjacielskich rozmowach.
Tak wciągnąłem się w tę energetyczną lekturę, że przestałem ogladać telewizję.
W sumie nic nowego, już XVI-wieczny uczony, Erazm z Roterdamu powiedział:
"Klin wybija się klinem, jeden nawyk zastępuję się kolejnym nawykiem"

 Charles Goodyear miał misję, wierzył, jak sam mówił, że Bóg wybrał go jako tego, który miał rozwiązać tajemnicę gumy. Miał silne poczucie sensu nigdy poważnie nie rozważał porzucenia swojej drogi. Wariat? Ekscentryk? Może tak, życzę mojemu przyjacielowi i nam wszystkim zresztą też, takiego odbicia od normy.

niedziela, 28 listopada 2010

Niepechowa trzynastka.

Moja trzynastoletnia córka dojrzewa, to stwierdzenie sprawia, że wydaje mi się, że wiem co się będzie działo i faktycznie książkowe problemy pojawiają się co chwilę, drobiazgi urastają do rangi najwyższej wagi, huśtawka nastrojów plus nieustający konflikt o wszystko z młodszą siostrą. Zastanawiam się wtedy, to znaczy ostatnio przez cały czas - czy ja lubię dzieci? być może lubię tylko określony ich typ. Jako rodzic tworzę sobie obraz dziecka takiego jakie chciałbym żeby było, dlatego pewnie mam trudności z akceptacją niektórych zachowań mojej dojrzewającej Natalki. Dociera do mnie, że kończy się moja władza oparta na systemie nagród i kar, to już nie działa. Idąc tym tropem dochodzę do wniosku, że agresja i bunt nie są skierowane przeciwko rodzicom, tylko przeciwko ograniczonym, kulawym i nieefektywnym metodom wychowawczym i stąd wrażenie, że władza rodzicielska w wieku dojrzewania  dzieci wyczerpuje się nieuchronnie, tak jak wdzięczność, która "starzeje się" jeszcze szybciej. Trzeba się szybko zacząć dokształcać, albo co chyba łatwiejsze sięgnąć pamięcią wstecz i przyponieć sobie problemy swojego dorastania, to był żart oczywiście, przecież my nie sprawialiśmy żadnych, no prawie żadnych problemów:)
Jestem przekonany, że okres buntu będzie trwał krótko i rodzicielskie rady z czasem zostaną docenione, czego najlepszym przykładem jest odpowiedź Marka Twaina na stwierdzenie pewnego młodzieńca:
- Mój ojciec nie pozwala rozwinąć mi skrzydeł. On jest taki ograniczony.
- Trochę cierpliwości, mój drogi - odparł Twain - Kiedy miałem czternaście lat, mój ojciec także wydawał mi się głupi. a kiedy skończyłem dwadzieścia lat, byłem zdziwiony, że ten staruszek przez te sześć lat tak zmądrzał.

wtorek, 23 listopada 2010

Listopad mój ulubiony.

Ciekawy jestem ile razy w tym miesiącu słyszałem - Listopad to jest mój ulubiony miesiąc, nareszcie mogę cieszyć się z jesiennego listopada. Do dzisiaj ani razu, same narzekania, że pogoda do niczego, że pada, poza tym dzień krótszy i długie spacery odpadają i co tam jeszcze, lista pretensji z pewnością bedzie długa. Dodam do niej, że plac zabaw w Parku Szczytnickim, ten z dużą zjeżdzalnią, w znacznej części został rozmontowany i zasypany liśćmi, smutny widok, refleksyjny rzekłbym, zwłaszcza jak przypomnę sobie letnie zabawy z Pierwszym w upale, a na rdzewiejącej dzisiaj zjeżdzani nie można było zjechać, taka była gorąca. Z tych sielankowych wspomnień obudziła mnie odpowiedz pani sprzatającej w naszej klatce, która na stwierdzenie - Ale mamy pogodę, co? , całkiem przytomnie, bez pretensji powiedziała - Tak, chociaż listopad wcale nie był zły, dużo zaoszczędziłam na węglu.
Proste sprawy, o których zdarza mi się tu napisać, są chyba najważniejsze. Przeszłość pozostaje mglistym wspomnieniem, na przyszłość nie mamy żadnego wpływu, pozostaje cieszyć się chwilą obecną, którą szczerze mówiąc chciałbym zatrzymać, bez względu na porę roku.
Wydaje się, że Chris ma nieco inne zdanie.




sobota, 20 listopada 2010

Twój jeden głos.

Zastanowiłem się chwilę nad jutrzejszymi lokalnymi wyborami i od razu poczułem ulgę, przecież nie idę głosować. Po niedługim czasie dotarł jednak do mnie głos, co odpowiesz synowi, który pewnie kiedyś w podobnej sytuacji zapyta - Tato, dlaczego nie głosujesz? I co mu powiem, że świat jest zły, a mój głos i tak niczego nie zmieni, że obietnice uśmiechniętych polityków to zwykła kiełbasa wyborcza, że będzie jak było, że ci co są przy korycie to, zresztą synu dowiesz się sam, itd. itp.
Powinienem powiedzieć mu raczej - Synu, świadomie głosuję bo wierzę, że mój głos ma znaczenie.
I na potwierdzenie powyższego stwierdzenia niby od niechcenia dorzucić:
- w 1776 roku jeden głos zadecydował o tym, że w Ameryce mówi się po angielsku, a nie po niemiecku,
- w 1875 roku jeden głos zadecydował o tym, że Francja z monarchii zamieniła się w republikę,
- w 1923 roku, na nieszczęście świata, jeden głos zapewnił Adolfowi Hitlerowi przywództwo nad NSDAP,
- w 1989 roku Zgromadzenie Narodowe jednym głosem wybrało gen.Jaruzelskiego na prezydenta,
- w 2008 roku jeden głos zadecydował o wyborze Grzegorza Laty na prezesa PZPN

Ok. Tak dam dobry przykład, choćby dlatego, żeby w przyszłości wiarygodnie zabrzmiało zdanie " Adam, nie jesteś pojedynczym, nic nie znaczącym człowiekiem - jesteś bardzo ważnym człowiekiem, który ma w życiu bardzo ważny cel do osiągnięcia." Bez ściemy!

czwartek, 18 listopada 2010

Nie

Dwa słowa, które denerwują mnie coraz bardziej to: "nie" i "zaraz".
Doprowadzały na skraj wytrzymałości nerwowej zapewne moich rodziców, podobnie będzie kiedy nasze dzieci dorosną i doczekają się swoich pociech. Przeczytałem ostatnio o prostym sposobie, jak wyeliminować zaprzeczanie u nastolatków. Należy po prostu zadawać pytania, na które nie będzie można odpowiedzieć "tak" lub "nie". Ten nowy system pytań, zakłada, że powinniśmy zwracać się do naszych dzieci na dwa sposoby.
Pierwszy, w którym dajemy dwie możliwości do wyboru.
Np. " Odłożysz do szafy swój plecak przed czy po obiedzie?"
Drugi, chyba skuteczniejszy...
Np. "Byłoby dobrze gdybyś odłożył plecak do szafy przed obiadem"
Eliminujemy możliwość automatycznego oporu, minimalizujemy początek konfliktu o przykładowy plecak.
Jestem jednak przekonany, że znajdzie się niemała grupa oryginałów, która i tak nie usłyszy naszej dobrej woli, wtedy robimy to co zwykle, czyli odkładamy plecak do szafy sami, jednak kiedy sytuacja będzie powtarzała się nieco częściej, warto zaszarżować i z hukiem wyrzucić tornister do śmietnika, a co ...
Obiecuję, że tych eksperymentów nie będę, póki co, przeprowadzał na Pierwszym, tylko na dwóch dorastających nastolatkach. Obecnie cieszę się z każdego słowa, które wypowiada, nawet jeżeli jest to zaprzeczenie. Poza tym, pozostaje obawa, że doświadczenia na Adamie mogą osiągnąć skutek odwrotny od zamierzonego i słowo "nie", zabrzmi jak po przemianie Anakina Skywalkera w Dartha Wadera, brrrrrrrrrrrrrrr.


poniedziałek, 15 listopada 2010

Lekcja Casanovy

Wpadła mi w ręce wypowiedz Giacomo Casanovy, słynnego uwodziciela, którą, kto wie, przytoczę kiedyś Adamowi, a i moim córką taka wiedza nie zaszkodzi, otóż co powiedział pewnego razu do młodzieży:
-Uczcie się geografii choćby dla potrzeb spodziewanego kiedyś małżeństwa. Przyda się, ponieważ w małżeństwie trzeba wiedzieć, gdzie piętrzą się góry przeszkód, gdzie znajdują się głębokie przepaście do pokonania, niespodziewane pułapki, a także ciekawe, kuszące wędrowca regiony. Przede wszystkim zaś granice, których nie wolno przekroczyć bez ryzyka utraty prawa powrotu do znanych już i własnych stron.

Szanujmy więc swoją małą ojczyznę :)

piątek, 12 listopada 2010

Dziadkowe mądrości.

Brakuje nam cierpliwości, wydaje się, że jesteśmy starsi, że jesteśmy doświadczeni, nic z tych rzeczy, marzy mi się, chciałbym raczej, żeby cierpliwość i wyrozumiałość przyszła z wiekiem i zaowocowała taką postawą, jaką zaprezentował pewien dziadek,
 ( usłyszałem kiedyś, ze to dziadkowie powinni wychowywać wnuki i uważam, że jest w tym dużo racji) 
który wybrał się na spacer ze swoim wnuczkiem. Spacerowali morskim brzegiem. Stary człowiek często schylał się, podnosił z plaży jeżowce i wrzucał je w fale. Po pewnym czasie wnuk zwrócił się do dziadka:
- Dziadku, co ty robisz?
Dziadek uśmiechnął się i odrzekł:- No, te jeżowce to żywe organizmy i jeśli ich nie wrzucę z powrotem do wody , zginą na słońcu.
-Ależ dziadku - wykrzyknął wnuk - tu są ich tysiące! Cóż to za różnica, że kilka z nich uratujesz?
Dziadek ponownie się uśmiechną i ze spokojem, wrzucając kolejnego jeżowca, odparł:
- Tej jednej sztuce sprawi to zasadniczą różnicę.

czwartek, 11 listopada 2010

Win, win. Wygrany, wygrany.

Stwierdzenie, że wychowanie dzieciaków to niezła harówka jest oczywistym truizmem.
Dlatego dzisiaj nieco teorii wychowawczej, którą chcę się podzielić. W sumie to pisząc o tym, chcę to zobaczyć, chcę to usłyszeć. Idealnie byłoby wprowadzić ją w życie i korzystać w każdej sytuacji konfliktowej, idealnie byłoby...
Ta metoda zakłada, że rozwiązanie konfliktu, nie musi porządkować sytuacji dzieląc strony na zwycięzców i przegranych, tu wygrywają obie . Łatwo powiedzieć, co? Spróbujmy jednak spojrzeć na problem nieco inaczej.
Pewien trzynastoletni syn był typem szkolnego błazna, lubiany przez rówieśników, ignorujący polecenia nauczycieli, lekceważący domowe obowiązki.. Miewał szalone pomysły, które realizował wprawiając w zakłopotanie wychowawców i tym samym doprowadzając swoich rodziców do tzw. "szewskiej pasji". Edukacyjna katastrofa. Jego mama próbowała różnych rozwiązań wychowawczych, żadne metody nie skutkowały.
Któregoś dnia otrzymała radę od prawdopodobnie najlepszego na świecie trenera w zakresie rozwoju i wychowania nastolatków. Otóż, poproszono matkę o stworzenie listy najgorszych cech syna, a potem przy każdym określeniu typu - leń, kłamczuch, arogant - pozytywny opis podanej wady. I tak okazało się, że:
leń to OSOBA ZRELAKSOWANA,kłamczuch to SPRYCIARZ,arogancja to PEWNOŚĆ SIEBIE.
Dodatkowo matka przekazując listę trenerowi, dodała, że w sumie to ma bardzo utalentowanego syna. Na tym fundamencie mogła dalej budować. Kolejnym krokiem było uzmysłowić chłopcu jego wartość, nawet w wadach dostrzegać zalety. Pozostało przekuć jego talenty na pracę w szkole i naukę w domu.
Droga do poprawy trwała 1,5 roku. Oboje z tej potyczki wyszli zwycięsko.
W błahych sprawach matka trzymała się zasady - "Jeżeli masz do wyboru mieć rację lub być dobrym, to bądź  dobry".
Kusi mnie, żeby zaprezentować rozwiązanie jakie przedstawił Andrzej Waligórski w wierszu "Krnąbrny Dyzio", odczarowując nieco życiowy happy end. .
Dyzio, małolat, zbuntowany na domowe menu, położył się w drzwiach mieszkania i głoduje. Za nic nie chce ruszyć się z miejsca, wezwano stryja...
... a stryj był osiłek,
Jedną ręką łaps za ryja,
Drugą łaps za tyłek!
Poczem Dyzia jak nie kopnie
Kościstym kolanem!
Dyzio wrzasną raz okropnie
I znikł pod tapczanem.
Wnet mu przeszło głodowanie,
Innym już nie szkodzi,
Ożywiło się mieszkanie
Można po nim chodzić!
Mamy z tego konstatację,
A nawet myśl złotą:
Że dobre są pertraktacje,
ale nie z idiotą.

Oczywiście takiego rozwiązania szczerze nie polecam i Wam i sobie rzecz jasna.

sobota, 6 listopada 2010

Pogadajmy

Dokładnie nie pamiętam kiedy spotkałem się z magicznym i absolutnie wyjątkowym światem, w którym w roli głównej występował Peter Gabriel. Bez wątpienia odcisnął na mnie swoje piętno chyba na zawsze i jestem pewien, że w tajemnice tego sekretnego świata będę wprowadzał swojego synka bardzo umiejętnie, tak, żeby nie uronić ani kropli.
Napisać o Gabrielu, że jest artystą, muzykiem, działaczem społecznym, performerem to mało. Jednak nawet tak zjawiskowa osobowość ma swoją "ciemną stronę księżyca", a może jest to niezbędne do tworzenia i bez tego nie powstałyby takie utwory jak choćby " Come Talk To Me".
Sam Peter Gabriel napisał o tym utworze, że to opowieść o uczuciach związanych z brakiem kontaktu z młodszą córką."Bardzo bym chciał, żeby ze mną rozmawiała. To bardzo emocjonalny utwór. W zwrotkach pojawiają się obrazy rodem ze snów, a bezpośredni zwrot - come talk to me - w refrenie i pomysł wykorzystania drugiego głosu mają głęboko ukryty sens. Ten utwór opowiada po prostu o tym, że bez względu na to jak trudny może okazać się jakiś problem, lepiej jest o nim porozmawiać niż unikać go lub próbować o nim zapomnieć".
Może lepiej, żeby ta piosenka nigdy nie powstała, nie, nie, przecież wszystko co się dzieje ma sens.

piątek, 5 listopada 2010

Klaps

Króciutko o klapsie. Otóż do dzisiaj zgadzałem sie z opinią, że jeden klaps nie zaszkodzi. Przyznaję zmieniłem zdanie kiedy w książce Tracy Hogg i Melindy Blau pt. "Język dwulatka" przeczytałem proste pytanie - " Co robisz kiedy w piaskownicy Twoje dziecko bije inne dzieci? "
" Jak to co robię, oczywiście powstrzymuję moją pociechę "- brzmiała odpowiedz.
Zatem wymierzając przywracającego niby do porządku klapsa, zaprzeczam sam sobie. Podwójna moralność.

wtorek, 26 października 2010

Timing

Kiedy przypomniałem sobie historię Dereka Redmonda i jego wyjątkowy bieg w półfinale IO w Barcelonie w 1992 roku zrozumiałem jak wiele nam umyka, rozmywa się gdzieś poza nami. Na szczęście są fundamenty, takie konstrukcje dużo wytrzymalsze niż mięśnie uda najlepszego choćby lekkoatlety. Myślę, że jednym z taki elementów jest obecność, bycie po prostu. Ojciec Dereka był tam gdzie powinien. W odpowiednim czasie i miejscu, dał dobry przykład.

piątek, 22 października 2010

Optymizm

To określenie pojawia się dzisiaj coraz rzadziej, ale kiedy już, to ma zabarwienie raczej frywolne, rzekłbym.
Któż to jest tzw. życiowy optymista? Jakaś hybryda marzyciela, ignoranta i lekkoducha.
Wierzę jednak, że jest to człowiek szczęśliwy, czasem tak myślę o sobie, a jeżeli Adaś ( już po katarze i po bilansie dwulatka) będzie kombinował w drugą stronę opowiem mu historię o polowaniu na wilki.

W pewnym amerykańskim piśmie opublikowano ogłoszenie organizacji zajmującej się ochroną przyrody, że oferuje 5 tysięcy dolarów za każdego schwytanego wilka w celu przeniesienia go do nowo powstałego rezerwatu. Dwaj bracia Sam i Jed podjęli wyzwanie, mieszkali bowiem na terenach, gdzie aż roiło się od wilczych watah. Doszli do wniosku, że jest realna szansa, żeby w krótkim czasie bardzo dobrze zarobić. Niesieni entuzjazmem i chęcią zdobycia niemałych, przecież, pieniędzy ruszyli na polowanie. Pierwsze dni zamiast wilków przyniosły im odciski na nogach i rozczarowanie. Kolejna noc przy ognisku zapowiadała się podobnie, gdyby nie dziwne hałasy wydobywające się z pobliskich krzaków. Odgłosy były na tyle głośne, że jednego z braci obudziły ze snu. To co zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Otóż zaledwie kilka metrów od dogasającego ogniska pojawiło się mnóstwo warczących i gotowych do ataku wilków. Sam szturchną tylko Jeda kijem i szepnął podekscytowany: "Jed, obudź się! Jesteśmy bogaci!"

sobota, 16 października 2010

Bardzo dobrze, bardzo dobrze.

Paradoksalnie wcale bardzo dobrze nie jest. Adaś jest mocno przeziębiony. Patrze jak walczy z katarem. Z trudem oddycha przez buzię, a w nocy to już w ogóle jest problem. Naturalnie taki maluszek oddycha przez nos, pomimo różnych środków zaradczych musi walczyć i my jako rodzina też musimy się z tym zmierzyć. Niby odpowiedzialni, ale już oczami wyobraźni widzimy jak jesienne przeziębienie zamienia się w anginę z wysoką temperaturą, zapalenie ucha i kto wie co jeszcze. Wiem, wiem katar ma to do siebie, że przechodzi. Myślę raczej, że zamiast martwić się przeziębieniem powinienem je zaakceptować. Przyjąć to. Zacząć od małej rzeczy, wierząc, że w obliczu rzeczy dużej postaram się zachować odpowiedzialnie, w moim rozumieniu, bez buntu, ze świadomością, że zrobiłem co mogłem.
Czytałem ostatnio historyjkę o pewnym medytującym mędrcu. W opinii całej wioski, w której mieszkał był mężem prawym, bogobojnym, autorytetem moralnym. Pewnego razu okazało się, że jedna z młodych dziewczyn, mieszkanek owej wsi, zaszła w ciążę. Kłopotliwa sytuacja dla niepełnoletniej wieśniaczki i dla jej rodziny. Jako ojca nienarodzonego jeszcze dziecka wskazała właśnie uduchowionego, bez skazy człowieka. W jednej chwili mit świętości pękł jak bańka mydlana. Specjalnie wydelegowana grupa starszyzny wioskowej przepędziła dwulicowca z ostrzeżeniem, że jak wróci to źle się to dla niego skończy. Bardzo dobrze, bardzo dobrze - odpowiedział niemal zlinczowany mędrzec. Zamieszkał w lesie, w szałasie, na marginesie. Po narodzeniu dziecka nieodpowiedzialna dziewczyna nie wytrzymała obciążenia popełnionym kłamstwem i wyznała prawdę, że ojcem dziecka jest jej rówieśnik z sąsiedniej wsi. Tym razem w kłopocie była rada wioski, która przegnała na cztery wiatry niewinnego człowieka. Z ciężkim sercem, skruchą i przeprosinami odnaleźli starca w leśnej głuszy. Medytujący mędrzec odpowiedział absolutnie pogodzony z sytuacją - Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Takiej właśnie akceptacji na wszystko co dzieje się wokół, z pogodą ducha życzę nam, a także sobie w zmaganiach z katarem Pierwszego.  

poniedziałek, 11 października 2010

Chwilo trwaj !

Spędziłem z nim prawie cały dzień. Bawiliśmy się garażem z samochodzikami i narzędziami, które dostał jako prezenty urodzinowe. Potem poszliśmy na spacer. Wcześniej oczywiście nasze rytuały. Poza tym dzisiaj, z czego jestem szczególnie dumny, Adaś zrobił kupkę do nocnika. Okrągła kupa, powiedział. Nieźle, co?
Wracając na chwilkę do urodzin, chciałbym dodać, że to niezwykle energetyczne przedsięwzięcie wyzwoliło we mnie duże emocje, niby nic nadzwyczajnego, ale dawno nie działałem według wcześniej przyjętego planu, na wysokich obrotach z przyzwoitą skutecznością. Było inaczej niż zwykle, było lepiej niż dobrze.

czwartek, 7 października 2010

To już jutro

Witajcie!
To już jutro. Jutro mój syn Adam kończy 2 lata.
Kiedy nieznajoma pani w sklepie zobaczyła, że ojciec z synem przyszli na zakupy i niezbyt dobrze sobie radzą, zagadnęła. Po chwili rozmowy zapytała pewnie bardziej grzecznościowo niż z ciekawości, jak maluch ma na imię. Odpowiedziałem, że Adam. Rozumiem, Adam, to znaczy, że pierwszy. Nawiasem mówiąc, decydując się na to imię nie myśleliśmy w taki sposób. Jednak logika starszej pani zdecydowanie mi odpowiada. Chciałbym pisać tu o nim, ale co na to moje dwie starsze córki, byłyby z pewnością niepocieszone. Zatem spróbuję odnaleźć wspólny mianownik i rozwiązywać to fascynujące równanie z trzema niewiadomymi. Nieocenione będą   Wasze doświadczenia i chętnie włączę się do dyskusji jak radzić sobie z wesołą gromadką. Inny punkt widzenia ma duże znaczenie, pozwala odkryć sprawy oczywiste, przyglądać się im w innym świetle tak, by dotrzeć do ich sedna.