O wszystkim, co w tym momencie jest dla mnie ważne i co chciałbym powiedzieć swoim dzieciom, a czego nie mówię, dlatego że ...
piątek, 16 lutego 2018
Budapeszt - wspomnienie.
Lutowe popołudnie we Wrocławiu, przywołało zupełnie niechcący wspomnienia z długiego, ubiegłorocznego majowego weekendu.
A w związku z tym, że nic nie dzieje się przypadkowo, to jestem przekonany, że będzie to przyczynek do opowiedzenia o miejscach, w których bywamy razem.
Podróżowanie i zwiedzanie nowych miejsc tych najbliższych i tych dalszych smakuje najlepiej, kiedy możemy dzielić się przeżywanymi emocjami.
Pamiętasz Budapeszt w maju 2017?
Budapeszt, stolica Węgier, miasto, które przyciągało mnie tak mocno, że musiałem je zobaczyć i namówiłem Was na tę wycieczkę. Opinie, które słyszałem, były w większości pozytywne, choć dotyczyły zwykle odległej przeszłości.
Dostaliśmy się nad modry Dunaj trasą przez Ostrawę, Brno, Bratysławę i Gyor. Łącznie ponad 720 kilometrów, czas przejazdu wg nawigacji 7 godzin, ale fakty były takie, że podzieliliśmy ten odcinek na dwie raty, odwiedzając przy okazji Brno – stolicę Moraw, w którym rezerwowaliśmy wcześniej nocleg.
Budapeszt okazał się miastem kontrastów, mieliśmy tę przyjemność, że mieszkaliśmy na jego obrzeżach, w klimatycznym LeRose Hotel i przez 3 dni korzystaliśmy z transportu miejskiego, co pozwoliło przyjrzeć się jak funkcjonuje ten skomplikowany administracyjny organizm. Okazało się, że jest całkiem dobrze skomunikowany, płynne przejazdy odbywały się dzięki m in. rodzinnemu biletowi, który obsługiwał metro, autobus i tramwaj.
Pierwszy dzień zaplanowaliśmy na zwiedzanie historycznej Budy, czyli obowiązkowo Baszta Rybacka, Kościół Macieja i Zamek Królewski, miejsc, które dominują nad Pesztem, potem włóczyliśmy się po bulwarach nad Dunajem. Drugi dzień to wyprawa ulicą Andrassy Ut. do Lasku Miejskiego, w którym zjedliśmy langosza, no dobra tylko Magda zjadła ,powrót do centrum żółtą historyczną linią metra i potem Cytadela, widok z tego wzgórza robi wrażenie. Dzień trzeci to wycieczka statkiem po Dunaju, wycieczka na wyspę Św. Małgorzaty i Budapeszt Eye, przytłoczyła nas Bazylika Św. Stefana i Wielka Synagoga, którym przyglądaliśmy się tylko z zewnątrz.
Miasto kontrastów, bo obok historycznych perełek, sporo budynków ze ścisłego centrum nadaje się do remontu, a na ulicach dochodzących do głównych placów, jest po prostu brudno. Budapeszt to w ogóle miasto placów, bez typowego rynku, wokół którego koncentruje się życie. Dojazd do ścisłego centrum zajmował nam ok. 40 minut, po drodze mijaliśmy robotnicze dzielnice z opustoszałymi fabrykami, we wszystkich odcieniach szarości, jednak ludzie, których spotkaliśmy zawsze życzliwi i chcący pomóc, dogadywaliśmy się po angielsku.
Powrót do Wrocławia dla odmiany zrobiliśmy „duszkiem”, choć miałem pokusy, żeby zahaczyć o Ołomuniec. Okazało się, że powroty do domu, mogą być równie atrakcyjne, jak wypady w nieznane. Dochodzę do wniosku, że lubię wracać, cieszę się już na sama myśl, szczególnie w ostatnich latach, dociera to do mnie z pełna mocą.
Wracając do Budapesztu, przychodzi mi do głowy wiele skojarzeń, określeń, jedno wybrzmiewa szczególnie mocno – monumentalny. Miasto ma charakter, wydaje się soczyste, choć pełne skrajności. Pewnie brakuje nowoczesnego sznytu ze stali i szkła, drapaczy chmur charakterystycznych dla europejskich aglomeracji.
Największe wrażenie robią spektakularne historyczne akcenty – wizytówki miasta, m in. Budynek Parlamentu, w którym umieszczony jest skarb narodowy – Korona Św. Stefana, którą wraz z innymi insygniami można oglądać w Sali pod kopułą Paramentu Węgier.
Nie widzieliśmy jej podczas naszej wycieczki, to dobrze, bo jest to jeden z powodów, dla których wrócimy tam jeszcze raz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz