niedziela, 25 marca 2012

Zdjęcie.

Wczoraj pojechałem z Pierwszym na rowerową wycieczkę.
Pożyczyłem rower od żony, taki ze specjalnym fotelikiem.
Dobrze się złożyło, bo i Alcia wypróbowała swój nowy-stary rower, więc w trójeczkę zadebiutowaliśmy na jednośladach.
Pogoda doskonała, odrzańskie wały stworzone wręcz do aktywnego wypoczynku i towarzystwo najlepsze z możliwych. Ciekawe, że to samo towarzystwo w domowych pieleszach często jest najgorszym z możliwych :)
Odwiedziliśmy dwa place zabaw, które dla Pierwszego były atrakcyjnym urozmaiceniem, na codzień bowiem skazani jesteśmy na Wzgórze Słowiańskie, choć trzeba sprostować - Pierwszy nie narzeka, więc ta odmiana korzystna była tak w ogóle.
Kiedy oglądałem jego zabawę na różnych drabinkach i karuzelach byłem szczęśliwy i jednocześnie poczułem żal, że nie mogę tego uwiecznić na zdjęciach.
Po chwili dotarło do mnnie, że to w sumie dobrze, że nie mam aparatu ani kamery. Pewnie wtedy skupiałbym się na ujęciach, właściwym świetle, korygowałbym ustawienia, czyli faktycznie uciekłaby cała spontaniczna radość, taka pierwotna, nad którą nie zastanawiamy się skąd przychodzi i jak długo trwa. Cieszymy się chwilą i puszczamy ją wolno, bez egoizmu.
Ok. rejestrując obrazy możemy podzielić się nimi później, ba, możemy do nich wracać z sentymentem i starać się przypomnieć jak wtedy było dobrze.
Jednak to nie to samo, myślę, że lepiej zaplanować kolejną wspólną wycieczkę i zabrać na nią tych najbliższych, z którymi chcemy współodczuwać niezaplanowane emocje i nie nazywać ich, nie powstrzymywać, po prostu być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz