środa, 2 stycznia 2013

Przed Walką.

Wątpimy.
Czasami zadajemy pytania wcale nie licząc na odpowiedzi. Bo co w konkretnym momencie, w obliczu jakieś klęski, tragedii, śmierci, w obliczu życiowego przełomu, co zmienia pytanie:
- Czy istniejesz Boże, pewnie nie, skoro dopuszczasz do takiej sytuacji, przecież gdybyś był, to z pewnością byłoby inaczej - tak sobie czasami myślimy, chociaż pewnie coraz żadziej. Chcemy dowodu. Indywidualnego świadectwa. A tu nic.

John Eldredge namawia swoich czytelników, żeby poszli dużo dalej. Proponuje, żeby zadać Bogu pytanie wprost : Panie Boże co o mnie myślisz?
Musimy być obdażeni łaską wiary, cokolwiek to znaczy. Musimy powtarzać to pytanie i cierpliwie czekać na odpowiedz. - Co o mnie myślisz Panie Boże?

Nie bedzie łatwo wsłuchać się we właściwa odpowiedz, bo Zły już czeka (albo nasze fałszywe ja) żeby podsuwać nieprawdziwe propozycje, które będą udawały głos Boga.
Trzeba pytać do skutku.Pamiętaj o celu! Uzdrowienie rany.

- Boże co o mnie myślisz?

Autor usłyszał sporo odpowiedzi, które były oskarżeniem i odbierały nadzieję. Odpowiedzi zadawały ciosy trudne do odparcia, bo najczęsciej pojawiały się treści negatywne, które kiedyś były prawdą, ale dzisiaj już nie, jednak ciągle dokuczają.

- Jesteś moim przyjacielem - te słowa, które przebiły się przez jazgot oskażeń, przyniosły ulgę. Eldredge ma świadomość pewnej arogancji, której towarzyszy zażenowanie. Pewnie powiesz przyjacielu, że to wewnętrzna reakcja na negatywne opinie, ten specjalny głos, hm...
Słowa życia, które leczą ranę autora, przynoszą spokój i głęboką wdzięczność.
Słowa Boga leczą rany najbliższych kolegów. Opisane w książce przypadki, nie są jakieś spektakularne, nie mają znamion cudu, nic nadzwyczajnego z pozoru. Czasem brzmią tak, że nie potrafimy w nie uwierzyć. Pamiętajmy ! Głos Ojca nigdy nas nie potępi.

Pytanie, które zadajemy Bogu, nie padnie w dniu naszego ziemskiego tryumfu, nie wtedy gdy jesteśmy na piedstale w światłach fleszy, o nie,nie wtedy. Kiedy czujemy się dobrze, realizujemy cel za celem, jesteśmy świetni, ba możemy nawet komuś pomóc. Powiedzieć jak ma życ.
To dobre. My możemy ratować innych, bo jesteśmy najlepsi, bo osiągneliśmy sukces.
Zgadzam się z autorem, że nie możemy ufać tym wszystkim, którzy nie cierpieli, którzy mają tylko swoją siłę. Ja również nie ufam tym, którzy nie zmagali się ze swoimi zranieniami. Nie potrzebuję frazesów, szukam raczej duchowej głębokiej prawdy, która dostepna jest dla tych, którzy przebyli swoja drogę.

Jeśli robimy to co mamy do zrobienia i zaciskając zęby staramy się przeżyć świat w jego najtwardszym i najgorszym wydaniu, nie dopuszczamy aby zrobiono nam krzywdę, zasłaniamy się stalową zbroją, która chroni zarówno przed utrata życia, jednocześnie nie otwiera się na przemianę. Ta droga nie przyniesie ulgi.

Musimy wkroczyć w ranę. Dotrzemy do miejsca najważniejszego, bo to co w nas najlepsze zostało zranione. Odnajdując prawdziwe ja jesteśmy zdolni wykorzystać nasze talenty, prawdziwe umiejętności, które do tej pory skutecznie zmuszało do katorżniczej pracy nasze fałszywe ja.
Wtedy staniemy się silni naprawdę. Wtedy będziemy gotowi.
Bo walka zaczyna sie dopiero teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz