czwartek, 24 lutego 2011

Jak zostać królem.

Z przekory nie oglądam filmów, które reklamowane są jako stuprocentowi kandydaci do Oscara, ale w tym przypadku zapomniałem o moich fundamentalnych postanowieniach i wspólnie z Madzią zanurzyliśmy się w latach 30 XX wieku, w obrazie wymalowanym przez Toma Hoopera, reżysera, który lubi snuć opowieści na bazie autentycznych historii.
Całość toczy się w swoim rytmie, niby wolno, niby w ciszy, a faktycznie nieustanie trwa konflikt.
Podobają mi się te kontrasty, książe, który nie chce być królem i doświadczony logopeda-samouk, który chce być aktorem, ale nie może zdobyć angażu.
Ten pierwszy zostaje nim w koncertowy sposób, ten drugi odgrywa rolę swojego życia w niemniej spektakularnych okolicznościach.
Oboje, jakby przy okazji, dostają przyjaźń, choć ten owoc od początku ma cierpki smak.
Colin Firth, moim zdaniem bardzo naturalnie i przekonująco przechodzi przemianę. Nawet nie chodzi o to, że przestaje się jąkać, dzięki niekonwencjonalnym metodom swojego nauczyciela(Geoffrey Rush), ale wewnętrznie akceptuje swoje powołanie, pomimo obiektywnych przeszkód. To jest chyba najważniejsze, to robi różnicę.
Książę staje się królem wtedy, gdy z pokorą i autentycznym przekonaniem przyjmuje życie takim jakie ono jest. Ale przecież to dotyczy nie tylko monarchów... Zyskuje szacunek osób, które wcześniej traktowały go z przymrużeniem oka, wołając Bertie, od teraz zaczynają mówić Wasza Wysokość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz